Koń na biegunach (1957?)

Chciałem mieć zdjęcie z Laleczką, taką najmniejszą ze środka „ruskiej baby”. I mam: to, co widać, moja prawa ręka trzyma laleczkę. A że nie widać? Cóż: uparłem się, choć trzeba było mieć zdjęcie na koniku (chłopcy) – albo z lalką, dużą (dziewczynki). Nie odpowiadało mi ani to, ani tamto – konia na biegunach miałem już chyba wtedy w domu, żadna atrakcja.
Przedszkole nr 96, Warszawa, ul. Wyspiańskiego. To tzw. serek żoliborski, „duże jajo”.

Przedszkole nasze powstało we wrześniu 1954 roku. Na początku było placówką czterooddziałową. W pierwszym roku istnienia mieściło się w starym budynku willowym na Pl. Henkla i prowadzone było przez „Caritas”. W 1955 roku przeniesione zostało na ul. Wyspiańskiego 5 i otrzymało nr 96. (…) Przez 55 lat funkcję kierownika a potem dyrektora przedszkola pełniło 5 osób, m.in. Lucyna Szulim…



11-iii-1956-przedszkole-wyspianskiego-wwa-mirek-0-26-027-str-a-b-1200pxl

Lucyna Szulim: może, prawie na pewno to pani Lucyna, nasza wychowawczyni, na zdjęciu ze mną i kolegą. (Kolega mieszkał na tyłach p. Wilsona, jeszcze po czasach przedszkola się spotykaliśmy, chyba chodziliśmy razem do podstawówki? Nie pamiętam.)
To rok 1956, jeszcze jestem pogodny, może nawet nadpobudliwy, rozrabiam. Robiłem np. „tłok” w rozsuwanych drzwiach do sali głównej, z szatni: trzymałem się tych drzwi tak długo, ile mogłem wytrzymać napór dzieci z tyłu. Zrobiłem też strajk, gdzieś to już opisałem – ponoć bułki były za twarde, zacząłem nią walić w stół i reszta dzieci też za mną, trudno nas było uspokoić.
Dopisek „PRZED SZPITALEM” ręką Barbary, a dotyczy pobytu w Kościanie i innych miejscach. Tego drugiego charakteru pisma nie rozpoznaję, pewnie któraś z pań w przedszkolu.
Konik jest zapewne pół roku późniejszy, może więcej?
przedszkole-wyspianskiego-1957-chyba-mirek-makowski-str-a-b-low

Mam też dwie krótkie serie zdjęć z przedszkola, jedna to choinka (1956); oczywiście zapewne z okazji Nowego Roku, a nie Bożego Narodzenia. Mój ojciec, już wtedy z nami niemieszkający, namalował dekoracje – to te w tle. Były, o ile pamiętam, dość ponure. A i on chyba nie za bardzo chciał się ze mną widzieć wtedy, pamiętam swą emocję, ledwo. (Był już po dyplomie.)



Druga seria zdjęć to ostatnie dni w przedszkolu, a więc to zapewne wiosna 1959 roku. Rozpoznaję ledwo kilku kolegów, niektórzy trafili ze mną do podstawówki, jeden („Suchy”) wpadł później pod tramwaj i stracił obie (?) nogi, chodził po dzielnicy na protezach, bodaj drewnianych. I chyba trochę pił. Ale to nie ten, który stoi obok dziewczynki ze skakanką, z lewej na zdjęciu (z prawej: ja). Ten został ponoć słynnym warszawskim uwodzicielem, co już w przedszkolu było widać.

Przedszkole żoliborskie: coś więcej niż przechowalnia dzieci, tak. Tak pamiętam – i jeszcze tran, razem z kanapką z rybą wędzoną (szprotka? sardynka?). Nie lubiliśmy tranu (wiadomo), ale chyba byliśmy niedożywieni, bo ja i na pewno inny kolega, może kilku – ustawialiśmy się w kolejce po tę łyżkę ohydnego „lekarstwa” tylko po to, aby drugą kanapkę dostać.
Lata 50, tak.
mr m.


O PRZEDSZKOLU
moim:
• „Państwo Nikt”: str. 169, 185, 188 (zdjęcie), 228, 426 (zdjęcie);
WSM, przedszkola:
• str. 59, 336-337 (Janina Bierutowa).