Papiery na bruku

Jednym z wątków, historyjką, obrazem, który zachęcił mnie do ułożenia książki z zapisków Barbary – była opowieść, co zabawne może jakoś, o polskim punku. Fragment właściwie: o Jacku „Lutrze” Lenartowiczu, muzyku i performerze, w rozmowie z jego partnerką Ulą Antoniak. Ona zresztą też twórca: reżyser. Umieszczona w „Obok…”, zacytujmy.

Urszula Antoniak: – Nie mogłam sobie ze śmiercią Jacka poradzić, umarł po półrocznej walce z chorobą w naszym mieszkaniu. W pewnym momencie powiedziałam sobie, że muszę dokonać nowego startu w życiu. Wyrzuciłam wszystko, co do niego należało, z wyjątkiem gitary.
Patrzyłam, jak ludzie na ulicy grzebią w jego rzeczach. Pomyślałam, że jeśli rzeczy są naszym przedłużeniem, to również można powiedzieć, że my jesteśmy przedłużeniem rzeczy. Co się stanie, kiedy o danym człowieku nic nie wiemy? Jaki będzie nasz stosunek do tej osoby? W takiej sytuacji znajduje się wielu emigrantów. W Holandii miejscowi nie znają jego rodziny, przeszłości. Sam emigrant też Holendrów nie zna…

Cyt. za „Obok…” str. 181; źródło: www.polonia.nl; 2009 r.



Po Barbarze, po „ludziach-Nikt” też zostaje wiele papierów („śmieci”), które rodzina zwykle wyrzuca, po śmierci. I słusznie: zwykle są to stare rachunki za prąd, nieważne legitymacje, papiery z pobytu w szpitalach…
Ważne tylko dla nich.
Często nawet nie, ot: zostały, bo „się przyda”.

Ale czasem – sądzę – warto się skupić. Pochylić. Ot, kartka z zeszytu Barbary, wiele ich zapisała („kto by miał czas to czytać…”). Wiersze, banalne raczej. Notatki, historyjki o ludziach, o sobie – te są zwykle, sądzę, lepsze: dowcipne, krótkie, czasem aż boleśnie trafne (chyba, bo często nie znamy nie tylko opinii, ale nawet niekiedy samej tej drugiej strony).


Weźmy tę kartkę, mamy tu aż trzy rzeczy: ważny dla niej wiersz, notatkę (ta banalna) o miejscu, gdzie powstał (Wojewódzki Szpital Neuropsychiatryczny w Kościanie im. dr. Oskara Bielawskiego) – i wreszcie znakomitą anegdotę o przyjmującym ją lekarzu, żywcem jakby z czeskiej literatury wziętą.
Ze dużo? Typowa gonitwa myśli: jeden wpis jej nie wystarcza, musi skomentować; a później skomentować komentarz. (Nb. znam to: sam taki jestem.)
Posłuchajmy.

Najciekawsze są te, do których dopisywała komentarze: często wiele lat później – poezja jako rodzaj autoterapii. Weźmy opis rozmowy z przyjmującym ją do szpitala w Kościanie, zakładu dla „czubków”, jak sama to miejsce określa.

    – Nazywa się jak? – Lat ma teraz ile? – Z mężem rozeszła się kiedy…
    – Czy pożąda? Ja: – Czego? – Mężczyzn. Ja: – Pana w żadnym przypadku.

W jej stylu bardzo: bezczelne, ironiczne. Kończące.
(…)
O tych zakładach psychiatrycznych, do których trafiła po ich rozstaniu, nie zliczę ile ich było – kilka wierszy też napisze.

    przywieziona
    z więzienia ubogich chorych
    przekazana z domu bez klamek
    przeniesiona w siekowskie siedlisko
    otwieram szeroko oczy
    napełniam zachłannie uszy
    nasycam swe ja
    przyrodą / naturą
    ziemią
    żyję

Państwo Nikt…” str. 167-169

Jedna kartka, sporo mi mówi. A Wam?
A ile już takich wyrzuciliście.
mr m.