Huty szkła (2): wspomnienia

Ciąg dalszy cyklu o hutach – i o babci Józefie. (Być może też o Pelcowiźnie, lub może to huta w Wołominie? Nie wiem…)
Co my tu bowiem mamy? Makatkę, którą babcia zrobiła, dla siebie – i dla nas. Ona nienawidziła marnotrawstwa, cokolwiek zostawało – usiłowała zużyć, zutylizować, wykorzystać. A gdy rzeczy nie nadawały się już do wykorzystania praktycznego – babcia stworzyła z nich – Sztukę. Jak ta makatka, jak jej patchworki, które też wymyśliła sama, bo miała sąsiadkę krawcową, u której dużo ścinków zostawało. A babcię to bolało: marnuje się.
I robiła najpierw kapy z tych ścinków, szyte nie na „styk” – a „na zakładkę”, ciekawsza, trudniejsza technika. A gdy jej powiedziałem, że takie prawie same robią Indianie w Ameryce oraz nawet inni, „poważni” artyści – była szczęśliwa. Prawdziwa twórczość nie zazdrości, nie chce być pierwsza – wystarczy, że jest użyteczna. Babcia była – jestem o tym przekonany – najzdolniejszą osobą w znanej mi części rodziny. Ale że urodziła się w złych (dwie wojny, jakieś rewolucje) czasach…
A dziś pokazujemy tę jej makatkę: to babci wspomnienie o hucie, w której pracował ojciec, z dzieciństwa. Tak, była tam i rzeczka i mostek… (Może dałoby się w ten sposób ustalić, która to huta, nie sądzę.) W strumieniu widać też i kobiety – piorą oczywiście. Są tu i wilk i dzik i wiewiórka. Ot, dzieciństwo. Oto przed Państwem huta wyobrażona, z samego początku XX wieku.
mr m.