1953: wózki dziejów

Mam tylko jedno wspólne zdjęcie matki i ojca (fragment wyżej, całe niżej): z 1953 roku, nieco tam opisanego. Na którym i ja, choć niezbyt świadomy: ot, bobas. Za to ciekawy jest Zbigniew, jego strój: od razu widać, że artysta. Lato: ten beret, teczka z rysunkami, papierami, marynarka bez krawata (dziś częsta, wtedy: bunt). Ta nieobecność.
Co pisać więcej. Liczni (i wiele razy) pytali, czy mam żal. Tak, miałem, długo. Gdy znów zaczął nas odwiedzać (po 1956, na początku lat 60.) dostawałem ataków histerii gdy wychodził. Banały. Pisałem, szkoda powtarzać. Czy artyście wolno się żenić? Nie wiem. Wiem (czy raczej wierzę, pamiętam bowiem prof. Stanisława Piekarczyka, p. „Obok…”), że on nie powinien był. I tyle. Łatwo oceniać, prawda? (Ale przecież bym nie istniał, jednak szkoda.)

Jest więc oczywiste, że musiałem rysować: to był sposób na przywołanie zainteresowania ojca. Którego interesowała tylko Sztuka…

Dość żartów. Matka? Barbara na tych zdjęciach wygląda na bardzo szczęśliwą. Przez chwilę mogła wierzyć, że zły los ma za sobą. Niesłusznie. Traumy, traumy, tra ta ta…
Dziś wszystko nieistotne: tutti morti – lubił mawiać mój nad poziom (innych) oczytany tatuś. To jednak późny Zbigniew – i czas, gdy świadkowie tamtych wydarzeń już nie mogli opowiedzieć swych wersji jego / ich wspólnych opowieści. Wtedy łatwiej. I nie piszę tylko o relacjach rodzinnych, nie.

Że opowiadam? Jakieś fragmenciki, aby przestrzegać (i siebie) przed nadmiernym zaufaniem do tzw. historii mówionej, do relacji spisywanych po latach. Staram się sprawdzać, dopóki pamiętam. Wierzę, że ma to sens. Choć nie-za-bardzo. Brak mi papierów, przepadły, poniszczono, zgubiliśmy… Zdjęcia? Też niewiele dają: popatrzmy na tę szczęśliwą rodzinę. 

Raz jeszcze: niedługo nikogo tu nie będzie, tylko opowieści. I nie wszystkie: nie wiem choćby, kto na fotografii poza nami, może Kobyłeccy? Już nawet nie ma kogo spytać, tutti morti.

Ale interesujące są wózki: zbieranina z tego, co przetrzymało wojnę? Też.

Mam kilka zdjęć, połowa 1953 roku. Zwraca uwagę wózek
(to o zdjęciu obok, tylko z moim wózkiem – mr m.) 
jak ze scen wypędzania Niemców czy z bombardowanego Londynu. Wspólna Europa. Skąd brało się wózki w czasach, gdy wszystkiego brakowało? Kto to zbada.
Państwo Nikt…” str. 198

Pamięć potrzebuje namacalności rzeczy, ponieważ bez niej zniknęłaby bez śladu. Ta myśl Hanny Arendt kieruje nas w stronę rozmaitych obiektów

Marcin Zaborski „Droga, brama, szczelina. »Przejście« jako element symboliczny we współczesnych pomnikach i miejscach pamięci” (2011)

Albowiem pamięć – która jest tylko jednym, aczkolwiek jednym z naj­ważniejszych elementów myślenia – poza uprzednio ustalonym porządkiem rzeczy jest bezradna, a umysł ludzki tylko w niesłychanie rzadkich wypadkach zdolny jest do zapamiętania czegoś, co stoi absolutnie poza jakimkolwiek kontekstem.

Hannah Arendt „Między czasem minionym a przeszłym” (1983)

Detale więc zostają. Namacalne? Nie, nasze już nie: wózki na fotografii tylko. Jednak to kontekst jakiś. Nie taki, gdy mamy przedmioty, ale. Ale kogo one dziś interesują, gdy bodźców nadmiar. Za dużo: zdjęć, pamiątek, mebli, wazoników, kontekstów. Kto trzyma stare wózki. Wyrzucisz / zapomnisz.

A więc o nich chwilę.

Po wojnie rodzinną tradycję produkowania wózków kontynuowali synowie Antoniego Głębockiego Kazimierz, Eugeniusz i Jan. Ten ostatni prowadził firmę przy ul. Warszawskiej 365. (…) Firma Jana Glębockiego przetrwala do 1950 r. Wówczas została przejęta pod przymusowy zarząd Częstochowskich Powiatowych Zakładów Przemysłu Terenowego. W swojej bylej firmie Jan spędził jeszcze dwa miesiące, jednak wkrótce zrezygnował z posady ze względu na bardzo nerwową atmosferę panującą w zakladzie. Podjął pracę jako kierownik techniczny Wytwórni Wózków Dziecięcych i Lalkowych  pod dawną nazwą „L. Ciurzyński”…
Iwona Janeczek-Żak „Branża Dziecięca” (2011)

„Nerwowa atmosfera”, uroczy eufemizm. Nacjonalizacja, detal z Częstochowy. Są lata 50. nie zapominajmy. Ktoś tu mówił o kontekście?

W grudniu 1951 żenię się z Barbarą Zawisławską, córką robotnika, kandydatem PZPR. 27 września 1952 r. rodzi mi się syn, Mirosław. W lipcu 1953 jestem uczestnikiem kursu dla Kandydatów na Organizatorów Katedr Marksizmu-Leninizmu w Orłowie…
(z życiorysu Zbigniewa, brudnopis z 1953 r. w: „Podróż do środka…” str. 115)

Ot, baza i nadbudowa: wózek dziejów – i jego pasażerowie.

I tak można długo. Łatwo dziś opisywać, prawda? Układać. Odwieczne biblioteki w domu, pod ręką: na monitorze. Dla każdego. A bo są i – skoro o komuniźmie – schody odeskie, spadający z nich wózek dwukrotnego laureata nagród stalinowskich Eisensteina (bardzo elegancki zresztą, zdobycz rewolucyjna), później (nieco już archaiczne) Zbigniewa Rybczyńskiego… I kogo tam jeszcze.

Sam artysta (Rybczyński – mr m.) mówi, że ta kolaboracja z przeszłością, „wejście” do filmu Eisensteina (…) było dla niego najbardziej fascynującym przeżyciem.
Piotr Zamojski „»Schody« jako audiowizualny palimpsest” (2011)

Jako i te błahe fotki z bieda-wózkami – dla nas. Świat jako nieustające źródło cytatów (o nas).

Staczający się w dół wózek z niemowlęciem wywołuje bowiem na widzu większe wrażenie niż śmierć tysięcy. (…) Owa mistrzowsko skomponowana sekwencja ma tylko jedną wadę – nie posiada żadnego umotywowania w historii. Eisenstein wymyślił ową masakrę…
Agnieszka Czarkowska-Krupa „Pancernik Potiomkin – arcydzieło radzieckiej propagandy” (2023)

Świat jako nieustające źródło cytatów nie zawsze prawdziwych.
mr m.

Walka z analfabetyzmem…

…czyli tzw. Dni Oświaty, Książki i Prasy. Ciekawe, choć marginalne wspomnienia – ja ze Zbigniewem. Mnóstwo sławnych ludzi, wszyscy (tak mi się wydawało) to jego znajomi… Lubiłem to.

Poza kwestią popularyzacji książki i upowszechnienia oświaty, intencją nowego święta, jak już wspomniano, było połączenie dwóch rocznic: święta robotniczego Pierwszego Maja oraz rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 Maja i „neutralizacja antagonizmów politycznych miedzy tymi datami”. Usiłowano zdeprecjonować „Święto Konstytucji” ze względu na jego przedwojenny rodowód i narodowy charakter konkurencyjny dla 22 lipca, rocznicy powstania Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego, obchodzonego od 1945 r. jako „Święto Odrodzenia”. O ile w roku 1945 obchody trzeciomajowe, poprzez pochody i przemarsze, nawiązywały jeszcze do obrzędowości II Rzeczpospolitej, to w 1946 r. obawiano się antyrządowych wystąpień i wykorzystania uroczystości przez przedstawicieli Polskiego Stronnictwa Ludowego do zaprezentowania własnej siły i uzmysłowienia społeczeństwu, że opór wobec komunizmu ma szanse powodzenia. Zapobiec miało temu „neutralne” „Święto Oświaty”. 

      1. Wanda A. Ciszewska

    „Święto Oświaty” w świetle instrukcji z lat 1946–1949

czytaj dalej

Papiery na bruku

Jednym z wątków, historyjką, obrazem, który zachęcił mnie do ułożenia książki z zapisków Barbary – była opowieść, co zabawne może jakoś, o polskim punku. Fragment właściwie: o Jacku „Lutrze” Lenartowiczu, muzyku i performerze, w rozmowie z jego partnerką Ulą Antoniak. Ona zresztą też twórca: reżyser. Umieszczona w „Obok…”, zacytujmy.

Urszula Antoniak: – Nie mogłam sobie ze śmiercią Jacka poradzić, umarł po półrocznej walce z chorobą w naszym mieszkaniu. W pewnym momencie powiedziałam sobie, że muszę dokonać nowego startu w życiu. Wyrzuciłam wszystko, co do niego należało, z wyjątkiem gitary.
Patrzyłam, jak ludzie na ulicy grzebią w jego rzeczach. Pomyślałam, że jeśli rzeczy są naszym przedłużeniem, to również można powiedzieć, że my jesteśmy przedłużeniem rzeczy. Co się stanie, kiedy o danym człowieku nic nie wiemy? Jaki będzie nasz stosunek do tej osoby? W takiej sytuacji znajduje się wielu emigrantów. W Holandii miejscowi nie znają jego rodziny, przeszłości. Sam emigrant też Holendrów nie zna…

Cyt. za „Obok…” str. 181; źródło: www.polonia.nl; 2009 r.

czytaj dalej

Listy z kolonii

I sanatoriów, jak tu, stamtąd koperty (z 1963 i 1965). Rymanów Zdrój, Bieszczady, kolejna „zima stulecia”.

(…) dla Makowskiego tą najważniejszą zimą stulecia jest ta bieszczadzka z 1963 roku. Pojechał wtedy do sanatorium. „Byliśmy w tych Bieszczadach dwa miesiące, a może i dłużej. Sanatorium ale i szkoła niestety. Nauczyciel matematyki rzucał w nas, zwykle kredą, białą jak śnieg. To tolerowaliśmy, zmuszeni. Gdy jednak we mnie rzucił mokrą ścierką do wycierania tablicy i kazał oddać – odrzuciłem mu, zamiast odnieść. Nie bez obaw, jak to się dla mnie skończy…”

Grzegorz Sieczkowski „Zima stulecia” (plan. data wyd. 2017)


Jeździłem często.

czytaj dalej

Nieco obok: „Ty i ja”.

W „Dwutygodniku” (11/2016) interesująca, choć nieco na kolanach, bez dystansu i kontekstu dziejowego robiona rozmowa z Ireną Rybczyńską-Holland. Cóż: nie dziwmy się starszej pani, że idealizuje młodość, dziwmy się pytającym, że nie pytają o rzeczy trudne.
czytaj dalej