Rysuneczki: robiłem ich mnóstwo, takich właśnie – i rozbudowanych (nawet do formatów B1, 1000×700 mm). Zaś opis ich, niżej, pod listem Zbigniewa reprodukowany, jest chyba naśladowaniem: tatusia. Ta samoświadomość… W tym notesiku, na pierwszej stronie jest pierwszy rysunek który powstał ok. dwuch (tak napisałem: „u” – mr m.) lat temu… czytaj dalej
Aby zwiększyć liczbę przedpłat wnoszonych przez podatników, minister skarbu zwrócił się 17 stycznia 1946 r. do wszystkich ministrów, aby podległe im władze, urzędy i instytucje kierowały się zasadą, iż przy wszelkich decyzjach, z których wynikają korzyści materialne dla stron (np. przy wydawaniu koncesji na lokale rozrywkowe, gastronomiczne itp., przy uruchamianiu prywatnych przedsiębiorstw handlowych), oraz wszędzie tam, gdzie samo przyznanie bądź rozmiar przydziału zależny jest od swobodnego uznania władzy, żądały od wnioskodawców subskry bowania pożyczki w kwotach nie mniejszych niż 25-30% szacowanej korzyści. W dniu 31 stycznia 1946 r. minister skarbu dodał, że subskrybowanie pożyczki w związku z osiąganą korzyścią jest niezależne od wykonania ogólnego obowiązku subskrypcji według norm, które określą powołane w tym celu komitety obywatelskie.
Andrzej Witkowski „Premiowa Pożyczka Odbudowy Kraju 1946 r.” (PDF)
Oczywiście rodzi się pytanie, co dostali pożyczkodawcy, tacy jak – tu akurat – moja babcia, Józefa? Ale czyż odpowiedź nie jest oczywista?
W myśl powyższego zapisu, posiadane przez naszego Czytelnika obligacje straciły swoją ważność blisko sześćdziesiąt lat temu. Ich wartość można traktować jako historyczną bądź sentymentalną.
Mam jeszcze, nieco bardziej znane, tzw. cegiełki na budowę KC PZPR. Nie ja jeden zapewne… To kolejny przykład: cienie zapomnianego wkładu, zapomnianego i wymuszonego najczęściej. (Ale kogo to dziś…) mr m.
Niewiele łączy mą ciocię, Albinę Frączek(z d. Hałas) i wybitnego warszawskiego pisarza; jedynie dom, w którym zaraz po wojnie mieszkali. Tak wynika z Kennkarty mej cioci – i z życiorysu Białoszewskiego. (Kennkarty funkcjonowały jeszcze i po wojnie jako tymczasowe dokumenty tożsamości.) I nie, nie idzie o sławny (czy osławiony) dom przy Chłodnej 40; to też znana – i też ze współczesnych problemów z warszawską reprywatyzacją – kamienica przy Poznańskiej 37.
Ludzie, posłania, pokoje nabite cielskami ciasno, piętra, antresole, poddasza, wykusze łączyły się nocami chrapaniami, falowniami. Obrzydzenie narastało we mnie przeciw tym puszkom w potach, plastrom, piętrówkom. Uciekałem z domu. (…) Próbowałem spać w trawie na Młocinach.
Czy się z poetą znali? Może, ale w „Szumach…” niczego nie znajduję, nawet lekko aluzyjnego. A niby dlaczego coś miałoby być? Obce światy. Ale czy mijali się na schodach? Zabawnie jest o tym myśleć, te teatry codzienności. A może – akurat, gdy on się wprowadził – ona już tam nie mieszkała, nie mam sił sprawdzać. Zresztą: po co? (Tak, mieszkali obok siebie: ona – od października 1946; do …? On w latach 1945–1958, dziś tak prosto wiedzieć.)
Ciocia Binia: nikt. Żyła samotnie – oczywiście już po wojnie, po historii ze ślubem, historii, której nikt nie chce ode mnie usłyszeć (a rozmawiałem już z kilkoma instytucjami, z dyrektorami nawet). Tak, bywali jacyś panowie, mam na zdjęciu jednego, w opowieściach rodzinnych też coś słyszałem. Lecz chyba nikt na dłużej. Emocje wypalone? Może, choć miała i psy, jamniki. Uczucie zastępcze.
Tu, na zdjęciach – dostaje jakiś poważny order, nie rozpoznaję. Krzyż, widać w powiększeniu, może to krzyż zasługi? Coś mi się w głowie kotłuje, że to było Ministerstwo Żeglugi… Jest rok 1958, 21 lipca, wiadomo.
Ciocia Binia, kolejna, choć mało dramatyczna (?) ofiara wojny: ta ofiarowała jej samotność w PRL-u. A też jakąś karierę urzędniczą. No i adresy warszawskie: pamiętam mieszkanie na parterze ze współlokatorem – przy Nowogrodzkiej 7/9, dziś to „centrum reklamy” – który wywoływał w łazience filmy czarno-białe. To pierwsze negatywy, które widziałem jeszcze mokre: magia. (Lecz też i obrzydzenie jednak: łazieneczka była ciasna, stale wilgotna, chyba jakieś pieluchy dziecięce, dziecka lokatora? Kto jeszcze pamięta pieluchy z tetry, do prania, gotowania?) Później, skoro już wędrujemy z ciocią, samodzielna kawalerka przy Żurawiej bodaj? Też nieduża. Warszawa, miasto za ciasne.
I były jeszcze te cykliczne, rytualne kłótnie z moją matką, tak często opisywane w Barbary notatnikach. I to już chyba wszystko. Nic, nawet szumu. mr m.
odznaczenie dla Albiny Frączak (21 VII 1958)od lewej: NN (chyba ciotka Hałasowa?), NN, pan NN, ciocia Binia, NN i Barbarafragment zdjęcia nr 2 (odznaczenie z 1958 r.)NN, ciocia Binia, chyba Gosia Hałas i ja (ok. 1958 r.)
Przeszłość to ludzie: banał. Ale przeszłość to też formułki, historia rerum gestarum – i życiorysy ludzi ważnych. O nieważnych nie warto pisać, to zwycięzcy opowiadają, to oni tworzą przeszłość. Napisaliśmy z kolegą książkę o festiwalach (i nie tylko). Mała (416 stron) ale dużo czasów (1955-2021), nie da się wszystkiego. (A przeszłość – to wszystko, res gestae przecież: banały.) Jest tam i rozdział o V Światowym Festiwalu Młodzieży i Studentów, z konieczności ogólny – choć spisujemy i nowe relacje tych kilku osób (Marzanna de Latour, Zbigniew Makowski…), do których udało się dotrzeć.
Powiedziałam ojcu, że owszem, pojadę z nim na festiwal, tylko pod warunkiem, że kupi mi tę torebkę koloru czerwonego. A że zawsze spełniał każdą moją zachciankę i tym razem zgodził się bez wahania. Torebkę kupiliśmy już w Warszawie. To zdjęcie, na którym ją trzymam i siedzę obok czarnoskórego mężczyzny było pomysłem ojca. Chciał mi uświadomić, że świat jest wielobarwny i wielokulturowy. Ale mi ta codzienna szarość nie przeszkadzała, ona mnie ubodła znacznie później…
Byli młodzi, niekiedy to dzieci nawet. Do osób, które patrzyły na owo – ważne i gigantyczne – zdarzenie też „z dołu”, lecz nieco „doroślej” już nikt nigdy nie dotrze: nie żyją. Tak, są relacje oficjalne, mnóstwo zdjęć, są nawet raporty milicyjne. Ale czy to wystarczy?
Na czas trwania festiwalu wysiedlono z centrum Warszawy część „podejrzanych” i prostytutek, osób – jak to napisano w jednym z dzienników – o „gorszącym trybie życia”. (…) Delegatów na festiwal (z wyjątkiem etatowego aktywu ZMP) miano poddać sprawdzeniu w kartotece operacyjnej z wykorzystaniem kart E-1533, głównie zaś osoby starające się o posadę tłumaczy festiwalowych (…).
Babcia moja, matka Zbigniewa, była przy festiwalu zatrudniona, czego do niedawna nie wiedziałem. Dziś żal, że nie spytałem, nie spisałem jej opowieści. (Zmarła w 1984 roku, już były magnetofony, pracowałem w prasie…) Owszem: relacja Zbigniewa – młodego wtedy studenta ASP – jest ciekawa. Ale – poza wątkiem „Arsenału”, ten świeży – dość podobna do innych. „Było kolorowo, to było otwarcie…” A szczera, mniej oficjalna relacja pani magazynier, byłaby być może jedyna. I zapewne pełna realizmu socjalizmu. Babcia miała i poglądy, i zmysł obserwacji, i cięty język. Oraz pryncypialność ocen; czasem może nadmierną. Ale tu by się ona przydała. Został mi tylko dyplom i legitymacja, kiedyś, przez kogoś starannie ukryte na dnie szafy: przecież trochę wstyd, prawda? Świat przez okno magazynu oglądany, proletariacki pogląd – na ideę… Kogo to obchodzi? Sztuka tylko, proszę Pań i Panów, zostaje – a reszta na śmietnik. mr m.
W ofercie Domu aukcyjnego „Libra” pojawił się bardzo interesujący obrazek: to Erna Rosenstein(1913–2004), bez tytułu, z 1954 roku.
W sposób oczywisty wiąże mi się on z dwoma rysunkami Zbigniewa („Źli”, ok. 1955) z mych zbiorów, tych z „tapczanu Barbary”. Oba szkice tuszem – o tym samym, jeden, ten znaleziony jako drugi zresztą, później – drukuję w „Podróży…”, gdzieś pod koniec. (A dlaczego nazywam to „Źli”? Więcej nieco – tam; lub w książce. Gdzie też pojawia się i Adam Ważyk, jego „Poemat dla dorosłych” – ale może o tym…) Rysunek, oba dwa Zbigniewa, nigdy chyba nie były publikowane, drukowane (?). Ale i obrazek pani Erny – o ile pamiętam Zbigniew mawiał o niej ze sporą sympatią, co było nieczęste – i jego rysunki są przecież o tym samym.
Pojawia się również kolejna, interpretacyjna wątpliwość – – stosunek samej artystki do socrealizmu. Był on szczególnie trudny, ze względu na ideowe rozdarcie: Erna Rosenstein miała jednoznacznie lewicowe poglądy i jednocześnie wybrała zgoła odmienną drogę twórczą.
Rozdarcie? Może u pani Erny, nie sądzę… (Może dostrzegamy, chcemy dostrzegać dziś ironię – tam, gdzie była tylko ślepota i gorliwość.) Za to u Zbigniewa widzę jednak ponurość. I monotonię i beznadzieję. I co tam jeszcze. I nawet portret Wodza – ucięty. (A też był niewątpliwie „lewicowych poglądów”, cokolwiek to znaczy u dwudziestolatka z ZMP.) I tylko szkoda, że takich prac się z tamtych czasów tak mało uchowało. A bo może mało powstało? Nie wiem… Trudne czasy – to banał. Jeszcze trudniej było o nich opowiadać, wtedy. A dziś? Dziś mamy prawdy ogólne, okrągłe zdania – i kilka ledwie obrazków o tamtych emocjach. mr m.
Zbigniew Makowski, ok. 1955 (?)Erna Rosenstein(1913–2004), bez tytułu, 1954 r.
Jeśli ktoś się urodził w żydowskiej rodzinie w Polsce, chodzi do polskiej szkoły, to pierwszy raz problem pojawia się, kiedy wszystkie dzieci idą do komunii. Wszystkie oprócz niego. W wersji light zaczyna się niezręczność, pytania, dyskusje, a w wersji poważniejszej zaczyna się bicie. Takie jest moje doświadczenie – i wielu osób z mojego i starszego pokolenia.
I sanatoriów, jak tu, stamtąd koperty (z 1963 i 1965). Rymanów Zdrój, Bieszczady, kolejna „zima stulecia”.
(…) dla Makowskiego tą najważniejszą zimą stulecia jest ta bieszczadzka z 1963 roku. Pojechał wtedy do sanatorium. „Byliśmy w tych Bieszczadach dwa miesiące, a może i dłużej. Sanatorium ale i szkoła niestety. Nauczyciel matematyki rzucał w nas, zwykle kredą, białą jak śnieg. To tolerowaliśmy, zmuszeni. Gdy jednak we mnie rzucił mokrą ścierką do wycierania tablicy i kazał oddać – odrzuciłem mu, zamiast odnieść. Nie bez obaw, jak to się dla mnie skończy…”
W liście mego ojca do mnie (jedna strona z niego niżej; cały list – „Państwo Nikt…” s. 219-221, 222) wymienionych jest kilka krajów, w których był. Moskwy, Leningradu czy ogólniej ZSRR – na tej liście brakuje. Dlaczego? czytaj dalej
Malarka i tkaczka. Koleżanka Barbary jeszcze z czasów domów dziecka / internatu (przynajmniej od 1946, p. foto) – a może jeszcze z czasów wojny: jest świadectwo Hanny Puławskiej ws. udziału Barbary w Powstaniu. Mieszkała na III Koloni WSM, ul. Krasińskiego 15 m. 150; gdzie wielu artystów (m.in. Ignacy Witz) też.
Żona (?) Leona Urbańskiego, znakomitego typografa, na ASP też aktywisty ZMP (lata 50.); póżniej m.in. założyciela Doświadczalnej Oficyny Graficznej Pracowni Sztuk Plastycznych (PSP). Matka Jacka Urbańskiego, rysownika, karykaturzysty.
Moja „babcia” Stanisława, po wyprowadzeniu się od nas, pracowała u niej jako gosposia.
mr m. czytaj dalej