Cztery babcie…

…moje. Czyli kartki, nadal.
To znaczy: znałem dwie, jedną prawdziwą: babcię Józię – i jedną „przyszywaną” – tak o niej mówiła Barbara, ja mówiłem po prostu „babciu”. Czyli mą babcię Stasię. Ale były jeszcze dwie: jedna prawdziwa – babcia Wiktoria, nie znałem, nie mogłem. Oraz „babcia”, a raczej „przyszywana mama” matki mej, bo dla mnie jednak obca osoba, ledwo pamiętam mocno starszą panią w mieszkaniu w Alejach Ujazdowskich… Czyli Felicja Kobyłecka, w książce szczegółowo opisana w rozdziale „Ma”.
Obca, jeśli oczywiście nie liczyć listów, które później przysyłała z Izraela, do którego wyemigrowała, zostawiając tu córkę Elżbietę, o której w liście i książce sporo – i wnuczkę Isię. Czyli moją „kuzynkę”, prawie siostrę.

Ojciec, Menachem Steinberg pochodził z Pułtuska, był chasydem. Matka Sura Ryfka z domu Alter pochodziła z Mławy. Rodzice byli bardzo religijni. Felicja była najstarszym dzieckiem w rodzinie, opiekowała się młodszym rodzeństwem, Kubą, Judą, Leą, Zaumenem Szylem, Beniaminem. Była śliczna, jasnopopielate włosy i niebieskie oczy. Poznała Polaka, Józefa Kobyłeckiego, ochrzciła się i wyszła za niego za mąż. Jej ojciec wyklął córkę. Miała dwoje dzieci, Elżbietę i o 4 lata młodszego Krzysztofa. 

ze strony: Centrum Badań nad Zagładą Żydów


Listy z Izraela? Tak, sporo – i to w czasach (po 1968 roku szczególnie), gdy to nie było zbyt… Dobrze widziane, powiedzmy łagodnie. Ale nasz pan listonosz z ul. Broniewskiego w tych późnych latach 60. bardzo się z nami, ze mną „kolegował” – zapewne tylko z powodu znaczków, nieczęstych wtedy. Chętnie brał, dawaliśmy mu, żeby listy nie ginęły oczywiście.
A że to „mama”? Dziwne? Nie bardzo: zaopiekowała się Barbarą jak córką, nawet chyba – sądzę – zanim odnałazła swoje dzieci po okupacji. I później też bardzo się o jej życie troszczyła.
Także: są dwie mamy. Pierwsza ta prawdziwa: zobaczmy w liście Barbary: Poszłam do koleżanki mojej matki zmarłej… Czyli zapewne do którejś znajomej matki jeszcze z czasów tworzenia Pralni, domyślam się. Nie, raczej nie do Doroty Kłuszyńskiej (1876-1952), pani senator z PPS w II RP i aktywistki TPD po wojnie – która z kolei pomogła jej wcześniej w dostaniu się do Domu Dziecka; ta zmarła w 1952 roku właśnie, co prawda dopiero w listopadzie, ale.
Nie ustalę, kto to.
Oraz zobaczmy to drugie: Mama moja wyjechała na urlop… To „mama” z kartki, Felicja Kobyłecka właśnie. A i ona, jak widać, też się tak określała, gdy pisała do Barbary, tego nie wiedziałem. (Jak i tego, że Barbara mieszkała też w domu przy ul. Mickiewicza 18, tuż przed moim urodzeniem, ciekawe, u kogo?)
Oto więc moje cztery babcie :–).

Ale ten list jest interesujący z bardzo wielu powodów: choćby dla życiorysu Zbigniewa, z czasów jego aktywności polityczno-społecznej na studiach. Oto kolejny dodatek, uzupełnienie tej drugiej książki.
Ale też dla poznania realiów PRL we wczesnych latach 50. Oraz szczególnie informacji o WSM – a właściwie zasad (tu przydałby się cudzysłów jednak) przydzielania mieszkań po wojnie w tym WSM-ie; jakże innych w porównaniu z jasnymi, uczciwymi i prostymi regułami z przed wojny…

A „zlot” o którym pisze Barbara, że Zbigniew zrezygnował z pracy przy nim, a koledzy – nie? To pewnie:

Zlot Młodych Przodowników Budowniczych Polski Ludowej odbył się w dniach 20-22 lipca 1952 r. Poprzedzony licznymi imprezami – sztafety, konkursy itp. Na zlot przybyły delegacje 27 krajów. W kulminacyjnym momencie jakim był pochód przez Warszawę brało udział 200 000 uczestników.

Tak, zwykłe listy, kartki – a ile w nich dziejów (już prawie nie) najnowszych kraju.
Oraz moje dwie nieznane babcie.
mr m.

Pocztówki, kartki…

Skanuję od kilku dni. Niektóre tak stare, jak ta: z 1905 roku, jeśli dobrze stempel czytam. Są też nawet z frontu polsko-ukraińskiego, 1919: to obrona Lwowa, kiedyś umieszczę. Większość to rodzina Strosznajder jednak. Nieco mojej babci (która wszystkie te papiery, listy i pocztówki dzielnie przechowała i dlatego są). Trochę jej i dziadka Czesława, ze dwie, trzy – mojej matki (oraz jej „drugiej” matki, pani starszej Kobyłeckiej); te z lat 50. z samego początku. Nieco od rodziny Doniców, od siostry mojej babci i jej męża, Eugeniusza Donicy. Jeszcze kiedyś o nim będzie.
Sporo tego, niektóre bardzo ciekawe (treść), inne: ładne, sporo banalnych. Dużo z Moskwy, trochę z Czechosłowacji, wiele adresowanych na Wołomin, jedna nawet na tamtejszą „hutę szkła” (do Jana Strosznajdera oczywiście). A razem tworzą, zaczynają tworzyć już chyba jakąś całość. Może ułożę.

Dużo rzeczy do sprawdzania, śledzenia, wiele niejasności… Ale: wybrałem sobie to hobby, trudno.
A tu: kartka od kogoś do rodziców Romana i Aleksandra (Olesia), z uroczym podpisem. Wybrałem, bo ładna; a nie jakaś ważna. Też powód.
mr m.

Kolejna huta, bez opisu

Niczego nie wiem, tylko to, że zdjęcie pochodzi z archiwum mojej babci i ojca. Koleżanka ze studiów, specjalistka od tamtych czasów – prosiła, by jej nie podawać jej nazwiska,bo: …wiele Ci nie pomogę (…) Oglądam każdą osobę po kolei i nic więcej nie widzę
Ale jednak napisała:

Że huta to widać, wstawiają do obiektywu nie tylko szkło, ale też narzędzia do produkcji. (…) na strojach męskich za bardzo się nie znam. Kobiety mają sukienki z bufkami albo falbankami na ramionach jakie noszono w latach 90. XIX stulecia, ale biorąc pod uwagę, że są to zapewne robotnice, to spokojnie może być i 10 lat później.
Takie fryzury, jakie mają panie z prawej strony (z białym szalikiem i żabotem¹) to noszono w pierwszym dziesięcioleciu XX wieku. Damskie żaboty, to też jest koniec XIX wieku. Bluzka z guziczkami i stójką i wąskie rękawy (pani na środku) to już przełom pierwszego i drugiego dziesięciolecia XX wieku. (…)
(A po uważniejszej ocenie lepszego skanu)
¹ – Widzę, że pani z prawej nie ma żabotu tylko szalik fantazyjnie zawiązany. Pan drugi z lewej, mimo czapki, jest też jednak robotnikiem, bo trzyma w ręku jakieś narzędzie

Także: tyle wiemy. Może to jedna z licznych ówczesnych hut w których pracował pradziadek? A może po prostu zdjęcie „nierodzinne”, które ktoś kupił, znalazł – bo temat hut w rodzinie…
Ale piąta (nie licząc panów) pani w rzędzie na górze, od lewej – wydaje mi się podobna do mej babci. Choć to raczej jednak nie ona: bo urodziła się (1904) gdzieś w czasie, gdy to zdjęcie mogło (?) powstać. Choć dzieci też jednak wtedy posyłano do pracy – tym bardziej, że mego pradziadka, jej ojca – właśnie zesłano na Syberię…
Ot, zagadki.
mr m.

Manifest artystyczny trzynastolatka (1965)

W tej galerii znajdują się 4 zdjęcia.

Rysuneczki: robiłem ich mnóstwo, takich właśnie – i rozbudowanych (nawet do formatów B1, 1000×700 mm). Zaś opis ich, niżej, pod listem Zbigniewa reprodukowany, jest chyba naśladowaniem: tatusia. Ta samoświadomość… W tym notesiku, na pierwszej stronie jest pierwszy rysunek który powstał ok. dwuch (tak napisałem: „u” – mr m.) lat temu… czytaj dalej

Ocean papierów…

…z którymi nie wiadomo, co robić. Cienie zapomnianych przodków, nie tylko naszych. Wyrzucić? No, nie… Zachować? A po co… Ot, mam jakieś weksle, zapewne za prace (a może za dzierżawę, za czynsz?), zapewne z Wołomina, z okolic rodziny Strosznajderów. Może to za budowę domu? Choć ten weksel – to lata 20. (A dom to raczej lata 30. muszę sprawdzić z projektem.) Zachowały się w archiwum babci Józefy, ktoś dotąd nie wyrzucił, mnie przekazał – to i ja trzymam.

Praga nowa”: termin dziś dziwnie brzmi; a to była całkiem nowa część miasta jeszcze wtedy.

Większą część Nowej Pragi włączono do Warszawy w 1891, nazywając je tak, by odróżnić je od starszej części, leżącej bardziej na południe – Starej Pragi.

A dalej: „M.Kacperski”… Nazwisko z Pragą do dziś związane, ale czy to rodzina? Może, warto kiedyś spytać…
I tak dalej. Każdy papier – to jakieś życiorysy, a z każdego już zaraz, za chwilę – wypączkują setki innych żyć
Jak tego puzzla poskładać? Ale też i – jak na początku pytałem – po co?

A wreszcie: ta asymetria – o niektórych, często mniej dla mnie ważnych przedstawicielach rodziny (czy może trafniej: drzewa genealogicznego) mam sporo: zdjęcia, papiery… I często niewielką wiedzę, kto to. A o innych…

Na razie skanuję, kiedyś skanowałem wszystko, dziś już zaczynam wybierać, to: tak; tamto – nie. Ale czy wybieram właściwie? Co będzie ważne dla tych, którzy kiedyś te moje skany… Zobaczą? Nie sądzę :–)
mr m.

Wołomin, ul. Kościelna 34

Najpierw zachwycił mnie projekt domu. Pomyślałem: jest piękny, niedzisiejszy – oprawię go obie w ramę, powieszę…

Nie mam związków emocjonalnych z tym domem: nie mieszkałem w nim, nie mieszkałem też w Wołominie, na Pradze nawet. Tamta część miasta była mi obca. Oczywiście: studiuję przeszłość, każdą. Z zaangażowaniem: pamiętacie Boba Marley’a? Stale przypominam: nie zapominaj o swej historii… Ale Praga? Okolice? Czy to była Warszawa, przecież nie… (Choć kolega z naszego roku, późniejszy profesor UW i nawet jego rektor, prorektor? – by się pewnie ze mną nie zgodził, urodził się właśnie w Wołominie, pozdrawiam.)

Później pomyślałem: napiszę książkę. Pojadę tam, pogadam z ludźmi. O domu, o przeszłości, o tym, co dziś. Zaangażowany reportaż. A jeszcze chwilę póżniej: że to za trudne. I że może znów napiszę „z głowy”, znaczy: z sieci. I dorobię do tego ideologię. Taki konceptualizm.
Później zacząłem skanować nieliczne zdjęcia.
A bo to jest tak: moja babcia zmarła, w 1984 roku. A to była jej rodzina, Strosznajderowie (spotkałem też niedawno pisownię „Strohschneider”) – zresztą też z Kobieli Wielkich, jak mój pradziadek (oraz Wł.St. Reymont, choć on tam żył krótko). Tam jeszcze można znaleźć ślady rodzin Strosznajderów, i Rudnickich (m. in sześciu synów Ludwika Rudnickiego i Marianny Cieślik), i Kapiców, też ta linia… Z babcią za mało rozmawiałem o przeszłości, żal.

akt urodzenia Władysława Rudnickiego (1878)


A Strosznajderowie? Jest tam więcej wątków i (chyba) ciekawych: ich dzieci – bodaj obaj bracia – wyemigrowały (w latach 30.? chyba wcześniej…) do Rosji – i tam zostały. Mieli rodziny, przeżyli Stalina – czy wszyscy? Nie wiem, mam jakieś zdjęcia z lat 30. właśnie – a póżniej z jakichś wizyt w Warszawie po 1956 roku. Niewiele wiem – bo mój ojciec i jego… Przeświadczenia, napiszmy łagodnie.
Ale wizja tej (nawet naukowej, a co mi tam?) monografii domu, taki trochę Fernand Braudel i jego ziarnko zboża; a ogólniej: motyw „detalu” – oraz ta wielka Historia, przez ów detal do nas mówiąca – czyli perspektywa (metafora?) tak obficie później eksploatowana przez Henryka Samsonowicza i innych… To oczywiście reakcja: na nadmiar.

„Wyspa pingwinów” Anatola France’a zaczyna się od tego, że archiwariusz Tapir wchodzi do archiwum i ginie zasypany stosami fiszek. My trochę jesteśmy dziś jak ten Tapir zasypani nową literaturą, której nikt nie jest w stanie przerobić…

Henryk Samsonowicz „Nasza wyspa Tapirów” (POLITYKA, 2010)

Oba pomysły – quasi-reportażu oraz rzetelnej pracy badawczej – wydały mi się równie atrakcyjne. Choć jednocześnie (i razem) niemożliwe do zrealizowania.

Później pojawił się koronawirus – i obrazy wycieczkowców: ludzie, zamknięci w luksusowym pudle. Atrakcyjne, ktoś już pewnie pisze o tym, film będzie… No i co ja mam do tego? Byłbym jak Koziołek Matołek: „poszedł szukać w wielkim świecie tego, co jest bardzo blisko…” Pomyślałem: Wołomin to taki wycieczkowiec: letniskowiec nawet.

Według spisu powszechnego z 1921 Wołomin zamieszkiwało 6248 mieszkańców z czego 3079 wołominian zadeklarowało żydowskie pochodzenie lub wyznanie mojżeszowe, poza tym mieszkało tu 475 Rosjan, głównie białych emigrantów, którzy uszli do Polski po zwycięstwie bolszewików w wojnie domowej, 77 Ukraińców, 9 Anglików, 9 Czechów, 1 Chorwat, 1 Łotysz, 1 Pers. 

Wołomin (wikipedia)

Czyli pudło z ludźmi, zamknięte i dryfujące w dziejach. A w tym pudle – pudełko, dom przy ul. Kościelnej 34.
Później – jak to u mnie – pojawiła się Zofia Nałkowska. Czyli Hanna Kirchner z „Nikt…”, ostrzegająca, że jedne wątki – natychmioast uruchamiaja następne; a te – kolejne. I tak w nieskończoność (no, prawie). I wtedy zrozumiałem, że zostanę przy skanowaniu zdjęć i zapisywaniu pomysłów, tylko.


Ale zdjęcie domu-sklepu Strosznajderów w Wołominie jest piękne. Choć (zapewne) zrobione w dzień pogrzebu. Kogo? Nie wiem, może męża siostry mego pradziadka, Małgorzaty Rudnickiej, miała z nim (nieznany mi z imienia p. Jan Antoni Strosznajder) dwóch synów, może to chłopcy, stojący przy wdowie i księdzu… Reszty osób nie rozpoznaję.
Cienie zapomnianych przodków, nic, tylko pisać.
mr m.

Uaktualnienie (2022): właśnie ustaliłem, że ul. Kościelna nazywała się w latach 50. „ul. Stalina”, smutne w sumie.
m.

„Chiński drzeworyt rewolucyjny” (1951)

Po Zbigniewie, gdy się od nas wyprowadził (1956), zostało nieco książek – dziwnych. Takich, których już zapewne nie potrzebował. Trochę o sztuce, głównie socrealistycznej. Nieco niemieckich. Oglądałem je wiele razy – i nawet nie ze względu na niego – choć może: nie pamiętam. Za to z fascynacją. I jakąś… Jakimś dziwnym uczuciem, trudno mi to – jednym słowem. Ich estetyka była tak inna, dziwna, obca…
Dziś kilka kartek z jednego tylko przykładu, za to formalnie ciekawego. W książce, już bez okładki, gdzieś przepadła, są bowiem i drzeworyty wprost propagandowe, w manierze moskiewskiego socrealizmu – oraz produkcje, stylizowane na sztukę ludową. Te są ciekawsze, dziś.
Całość mnie nadal bawi; szczególnie, gdy ponurość kontekstu, tamten duch czasów – uleciał. Ot, pamiątka: część życia jego, Zbigniewa (krótka) – i mego (dłuższa).
No i są one też trochę jak Test Rorschacha, mój prywatny. Ot, na tym górnym (i lewym obrazku na nim) – zawsze widziałem głowę krowy… Cóż: ta psychoanaliza.
mr m.

Zdjęcia od legitymacji

Różnych. I z różnych powodów odrywane, czasem to jedyne – lub nieliczne – zdjęcia, jakie nam zostały. Legitymacja nie wydawała się ważna, ot: coś było – i już nie ma. (Lub była ważna: za bardzo – i dlatego wyrzucona. Nie, nie w tych niżej przypadkach; ale znam takie.)
Oto kawałek przeszłości. A że mnie dziś – niekiedy, bo czasem mam tylko legitymację, bez zdjęcia – brakuje tych legitymacji? Tej wiedzy… Cóż.
Niżej kilka zdjęć legitymacyjnych mej babci Józefy. Pierwsze jeszcze z czasu wojny – zobaczmy pieczęcie (odciski).
Czy można z nich coś dziś wyczytać? Niewiele, nieco. Mam i legitymacyjne zdjęcia innych, nie tak jednak liczne – choć niektóre ciekawe („Pierwsza Pralnia Spółdzielcza” choćby). Kiedyś może.
mr m.

„Podróż…”

…już jest, to druga, może trzecia część całości – jeśli liczyć „Obok…” jako część tego samego świata Peerelu; tylko bardziej o nas, o mnie nieco… (A skoro trzecia to chyba ostatnia :–)
Cóż: ocenicie Państwo – lub nie.
Zapraszam.
mr m.

Rewersy więcej mówiące

Bowiem gdy z przodu są ludzie, przecież z twojej rodziny, o których nic nie wiesz – wtedy zostają rewersy zdjęć. Wiele razy wspominałem. Owszem: o jednym z tych zdjęć coś wiem – ale reszta? Ta „Riga” skąd? A dwaj uroczy bracia? Czy to rodzina pradziadka – siostra jego, chyba Małgorzata Rudnicka, miała z mężem (ich ślub to ponoć 30 lipca 1893 r. w Kobielach Wlk. lub w Radomsku), nieznany mi z imienia p. Strosznajderem – też Aleksandrem jak później jego syn, lecz na co dzień używającym imienia Jan – dwóch synów Romana i Aleksandra, później żyli w Rosji i innych krajach regionu…
(Może coś jeszcze o nich kiedyś; bo mam jakieś – też nieopisane – zdjęcia, inne papiery, dość liczne.) Czy to raczej inni bracia: dziadek mój i brat dziadka Marcel, o którym wspomina Zbigniew w książce „Wąski Dunaj nº 5” (a o którym ja niewiele wiem)? Możliwe – zdjęcia wydają się pochodzić z samego początku XX wieku… Tylko przypuszczenia, spekulacje. Zostaje żmudne datowanie „po fotografach…”

I na pewno to rodzina pradziadka – na drugim ze zdjęć braci, bo zachowały się aż dwa, jak widać, jest informacja, że „p. Strosznajder 1 odb. 18×24” – sądząc z formatu odbitki znacznie późniejsza…

A więc fotografia: zakład w Łodzi istniał w latach od 1893 r. do ok. 1934…
Zakład przy Nowym Rynku 6 nosił dla odróżnienia od firmy przy Dzielnej 13 („A. Piotrowski” – mr m.) – nazwę „A. Piotrowski” lub „Piotrowski”. 
A jest również w dziejach i zakład fotograficzny „Piotrowicz”, ale to żona: Maria z d. Piotrowicz właśnie, zabawne…
Według ówczesnej prasy zakład zmieniał właścicieli, ale byli to członkowie rodzin Piotrowskich i Piotrowiczów. Brak dokumentów nie pozwala na dokładne prześledzenie owych zmian.
(wikipedia)
Zaś Carl Anton Schulz (1831-1884?) to niemiecki i estoński fotograf
mr m.

Osiejewscy

Czytam wiele materiałów historiozoficznych i pamiętnikarskich z tego okresu czasu. Przeważnie piszą o tym ludzie, którzy tego nie przeżyli osobiście i stąd wiele fantasmagorii. Zdziwienie ogarnia człowieka, ilu było bohaterów.

(fragment listu Edmunda P. Osiejewskiego do Barbary, 1982)

Im Barbara była starsza, im bardziej sama – tym bardziej szukała krewnych i korzeni. I pewnie stąd ci Osiejewscy – z domu opowieści (ani ich samych) nie pamiętam.

Babcia Ryszkowska z domu Hałas, po matce, Józefie Hałas, z d. Osiejewskiej – ponoć z Mirża-Starża (?) Osiejewskich. Ech, ta nasza szlacheckość, znamy. Ale mam zdjęcie z tyłu opisane: „Cezariusz i Weronika Osiejewscy”. Gdzie on wygląda dostojnie, ona też, choć zdecydowanie bardziej chłopsko.

Państwo Nikt…” str. 35

To ja, nieco ironiczny, taki wyrosłem. Lecz zacytujmy ją samą:

…2 synów i córkę Józefę Osiejewską, zamężna Chałas³. Córka (Józefy – mr m.) Wiktoria z Chałasów Ryszkowska, dzieci (Wiktorii – mr m.) Ryszard Grzegorz Ryszkowski, córka Barbara Anna Gonczarska.

³ – Wspominałem: znajduję w papierach i tę pisownię, choć – np. w metrykach, tych, które mam – częściej występuje jednak „Hałas”.

„Państwo Nikt…” str. 190

Adresat jej listu – Edmund Piotr Osiejewski – to ciekawa postać, sądzę. Urodzony 13 marca 1906 w Warszawie. Rodzice jego – to Cezary Osiejewski i Weronika z d. Krawczyk; on (wg serwisu MyHeritage) urodzony 28 sierpnia 1884 w Warszawie; ona ur. w roku 1886, też w Warszawie, parafia Wszystkich Świętych.

Wg tego samego serwisu Edmund miał siostrę Teodezję, później Dyszlatys – oraz braci: Piotra i Romana. A więc gdzie tu Jan z opowieści Barbary?
Nie wiem…

Edmund Osiejewski walczył w Powstaniu, był najpierw zastępca dowódcy, później dowódcą: to Armia Krajowa (nr leg. 027 / O) – batalion „Kiliński”, na Woli, na Starym Mieście, w Śródmieściu…
Później wiadomo: niewola – jeniec Stalagu X B Sandbostel (nr jeniecki 224806).
Zmarł 17 października 1990 w Łodzi.

W liście wspomina on o pogrzebie Romana, brata. Tam byli razem. (Barbara często chadzała na pogrzeby, jedna z jej dalekich „kuzynek” wspominała mi nawet niedawno, że lubiła na nich błyszczeć – czy jakoś tak. Dziś już nieważne.)

Czy więc owi rodzice Edmunda, których zdjęcie-kopię mam ledwo – to moi pra-pra-dziadkowie? Chyba tak – ale jak zwykle gubię się tu w ogromie faktów i niekompletności danych. Cóż…
mr m.

Ludzie nieznani

Są takie zdjęcia w archiwach rodzinnych, o których nie wiemy nic, wiele przykładów. Nie tylko z bardzo odległej przeszłości, niekiedy (prawie) nam współczesne. Oto jedno z nich, na zdjęciu sporo osób; ale nie rozpoznaję prawie nikogo – wyjątkiem jest moja „babcia” Stanisława Lackorońska (to ta pani w jasnym płaszczu w centrum zdjęcia).
Z tyłu zdjęcia nie ma żadnego opisu. I nie ma już też nikogo, kto mógłby o zdjęciu opowiedzieć.
Niewiele jest też do zanalizowania. Czas? Zapewne druga połowa lat 40. czy może już lata 50. – sądząc po tej półciężarówce w tle (nie znam się na samochodach ale to może być coś poniemieckiego, zwraca uwagę płaska szyba z przodu i wycieraczki) oraz po mundurku chłopca. No i stroje, to też pomaga datować, acz mniej: bieda powojenna, nosiło się – co było. Architektura? Raczej wiejska, małomiasteczkowa, może ze wschodu Polski. Tyle.
To może jakieś „kolonie”, babcia zajmowała się dziećmi – moją matką, mną później – od zawsze. Ale ta proporcja pań – do dzieci… Ich wiek: matki z własnymi? A ojcowie gdzie? Jedyny mężczyzna jest zapewne (?) kierowcą ciężarówki w tle.
Ot, nadal tylko spekulacje.
mr m.

Zdjęcia, których nie ma

Mam tylko dwa zdjęcia z czasu okupacji – na jednym jest Barbara; oba dość banalne. Jedno z nich mogła ona robić: są inni, poza nią, a to ta sama okazja. Jakieś chrzciny? Na zdjęciu wyżej – ona trzyma becik zapewne… Na obu widzimy też jej ojca, Wacława, na tym bez niej – również i matkę Wiktorię, z tyłu stoi.
No i jakaś rodzina. Nie wiem, kto to za nią: może słynna ciotka?
czytaj dalej

Dedykacje (1942, 1946,1953)

Dwie fotografie: Wacław Zawisławski, jego córka, już wtedy sierota Barbara, jeszcze wtedy Zawisławska – oraz jeden rysunek z dedykacją: pierwszego męża Zbigniewa Makowskiego (przedstawiający oczywiście mnie). Wszystkie wysyłane do rodziny: to Gilewscy, najpierw do Iłży, później do Wrocławia już. Ojciec do córki, Barbara do najbliższej rodziny… Fotografia jako forma spotykania się.


Zwróćmy uwagę na zdjęcie Barbary: wysyła je i podkreśla, gdzie żyje: „internat”. Oraz na nazwę zakładu: „Foto Mary”, ul. Mickiewicza 56. Zakład był zapewne w willi na rogu ul. Mickiewicza i ul. Mścisławskiej (nazwa pojawia się gdzieniegdzie w innych archiwach). Oraz na jej strój, biedne, powojenne rzeczy…
Wszystkie skany: z archiwum Krystyny Gaëtan-Gilewskiej.
mr m.

Dwie kartki z życzeniami

Od Wacława Zawisławskiego do córki Hanki, wtedy już Gilewskiej. Jedna z kartek – ta późniejsza, wielkanocna, z kwietnia 1944 – informuje o zaginięciu Ryśka (XI 1943).
Kartki z archiwum Krystyny Gaëtan-Gilewskiej.
mr m.

Z archiwum Zbigniewa: nowe skany

To tylko informacja: skanuję spore, jak na czasy, z których pochodzi – oraz jak na losy, jakie przeszło (głównie zbyt liczne przeprowadzki) – archiwum, które zostało mi po Zbigniewie (i Barbarze, ale tego jest znacznie mniej); głównie z lat 1946-56. Ciekawe lata, zasługują chyba na szersze omówienie – intensywnie myślę. Ale coś za coś: rzadziej pojawiać się tu będą nowe wpisy. (Choć chyba warto poczekać, sądzę.)

uaktualnienie: już (2020) jest więcej
mr m.

Weterani?

Czy aby? Dziadek był weteranem. Barbara wspomina: chodził na zebrania.

…dziadek – Wacław Zawisławski – poza tym, że był murarzem, weteranem wojennym…

    (…) Poza tym ojciec mój dość dużo czytał, chodził na różne zebrania. Był takim człowiekiem komunikatywnym

Państwo Nikt”, np. str. 71-72

Czy więc to zebranie weteranów? (Dziadek tam jest, to ten pan drugi z lewej z przodu; z krótkim wąsikiem oznaczony niebieskim flamastrem przez Barbarę, dziś już prawie się wytarł. Flamastry z Peerelu są mniej trwałe, niż zdjęcia z II RP, zabawne.)

A jeśli nie… Jak szukać: czy po nazwie zakładu?
czytaj dalej

Pan profesor i statystyka.

Niekiedy tłumaczenie jest tak głupie, jak wina.
Pan profesor Andrzej Żbikowski powiedział bzdurę. A teraz się tłumaczy.

W rozmowie z Jarosławem Gugałą w programie Polsatu News Wydarzenia użyłem sformułowania „najlepszą strategią uratowania się był obóz koncentracyjny, a nie zdanie się na pomoc Polaków”. Przyznaję, że używając w programie publicystycznym określenia „strategia przetrwania”, kategorii stosowanej dyskursie naukowym, mogłem być przez część widzów opacznie zrozumiany. Dziś bowiem w języku potocznym słowo „strategia” oznacza raczej jakiś przemyślany plan, możliwość wyboru i swobodnego podejmowania decyzji, czego Żydzi w czasie Zagłady byli całkowicie pozbawieni.

czytaj dalej

Stanisław, masarz z Woli

Miałem tylko to zdjęcie „ślubne” i kilka słów relacji Barbary, już w XXI wieku spisanych, na odwrocie. To ślub „wujka Stacha”, brata mej babci Wiktorii, słyszałem, że zabity na Majdanku. Stanisław Hałas, ur. 6 IV 1904 w Nowym Mieście n. Pilicą; zm. 27 III 1943 w „KL Majdanek”, ponoć na „ostry katar jelit” (?). Syn Józefy z d. Osiejewskiej¹ i Franciszka Hałasa, mych pradziadków. Rzeźnik czy też masarz z Woli. Mieszkał (…? może to był zakład…) przy ul. Młynarskiej, nr 21; później żona, Marianna – przy ul. Gibalskiego 1/32. Samo serce Woli, Młynów a konkretnie tzw. Gibalak², okolica malownicza, acz niekiedy trudna, również w czasie wojny.
A „wuj” Stanisław? Ponoć wcześniej, przed Majdankiem, trzymany na Pawiaku: możliwe, typowe. To informacja ze strony „Straty osobowe i ofiary represji pod okupacją niemiecką (wyszukiwarka). Z Muzeum Pawiaka dostałem informację, iż …w pracy Reginy Domańskiej „Pawiak. Więzienie gestapo…” (KiW, 1978) Stanisław Hałas jest wymieniany jako jedna z osób wywiezionych na Majdanek transportem z 25 marca 1943 roku.
Kim są pozostali? Nie wiem. Nie tylko tu.
czytaj dalej

Historia rzeczy

…albo Przedmiotów – interesujący aspekt analizy zdjęć rodzinnych, choć to ocean.

Mam kilka zdjęć, połowa 1953 roku. Zwraca uwagę wózek, jak ze scen wypędzania Niemców czy z bombardowanego Londynu. Wspólna Europa. Skąd brało się wózki w czasach, gdy wszystkiego brakowało? Kto to zbada.

Państwo Nikt…”, str. 198
i, co zabawne, podobne wózki produkowała ponoć m.in. w Niemczech f-ma „Junkers”, ta sama? Czy to wózek poniemiecki? Przywieziony przez Barbarę z Wrocławia, gdzie bywała przecież… Może, choć to spekulacje.
Może kiedyś.
mr m.

„Selmanowicz”

Najsmutniejsza część książki.

Mam jeszcze spisane świadectwa dwóch więźniarek¹. Które oczywiście mogły poświadczyć to, w co same uwierzyły: każdy pisze o sobie. Te świadectwa zresztą mało, nic prawie nie mówią o Barbarze, zaś sporo o tym, co przeżyli świadkowie.
Potwierdzenie raczej.

Państwo Nikt…” str. 12

czytaj dalej

Nieślubne dzieci grzebią rodziców

O kłopotach archiwisty.
W korespondencji z Muzeum Powstania Warszawskiego ws. danych moich dziadków Wiktorii oraz Wacława pojawił się problem: jakie babcia miała właściwie nazwisko? W bazie MP jest dziś jako „Zawisławska”. (Dziadek też tam jest.)
Jednak to nie całkiem prawda. Prawdę mówiąc: nieprawda – i prawda jednocześnie.
Ona, babcia bowiem do śmierci nosiła nazwisko Ryszkowska, taki zapis jest jeszcze w odpisie (świadectwie) aktu urodzenia Barbary (1945), skan wyżej. Pojawia się oczywiście i to: z d. Hałas (w „Świadectwie…” jest błędny zapis: „Ch…”).

Jest jeszcze zagadkowa część rodziny: linia Hałas, niekiedy w papierach jako „Chałas” oczywiście…
Państwo Nikt…” str. 39 i dalsze

Zaś w dokumentach PCK (z których wzięto je do bazy Muzeum Powstania) i dalej w dokumentach dot. ekshumacji i ponownego pochówku (1946, skany niżej) widnieje już nazwisko: Zawisławska. To samo też przy akcie jej zgonu, pochowku… Dlaczego?


Otóż wszystko przez dzieci, jak zwykle. Moja matka, Barbara , w swej opowieści – a i w swym życiu – wiele historii „prostowała”: też zmieniała, koloryzowała czy ubarwiała.. Tak było i w tym przypadku, jednak tu – jest usprawiedliwiona. Ja ja usprawiedliwiam, archiwiści może mniej.

czytaj dalej

Janina Siwińska (1903-…)

Starsza pani, przyjaciółka i trochę chyba mentorka Barbary. Działaczka WSM, jeszcze sprzed wojny. Jej relację z drogi do Lublina, przez linię frontu (to lipiec 1944), oraz z – dopiero co wyzwolonego – Majdanka (a właściwie KL Lublin Barbara przepisywała i (chyba) redagowała. Mam cały maszynopis, osiem pełnych stron i 11 wierszy na dziewiątej. A ten opis obozu jest… straszny. Zwyczajne piekło.
mr m.
czytaj dalej

Poezja wizualna

Kłopot, jaki mam z tą stroną jest i taki, że najefektowniejsze, najbardziej widoczne są ślady, jakie zostawił Zbigniew: w końcu malarz, rysownik… A przecież nie on jest najważniejszy w tej książce.
(Aktualizacja: jest za to w innej, nowej: 2020 rok.)
Tak, dla mnie istotny – ale to opowieść o Barbarze. Jej dzieje są osią. Dlaczego? Banalnie: to ona jest najbardziej Nikim, „człowiekiem bez właściwości”. O nim napisano sporo. Dla równowagi choćby.
czytaj dalej

Dzienniczki szkolne

Choć może tylko mój, z I klasy szkoły podstawowej (1959/60). Lecz i inne przejawy edukacji w PRL, niżej.
czytaj dalej

„Źli” Zbigniewa Makowskiego (1955?)

Jedną z licznych – jak je nazywam – mitologicznych historyjek mego ojca jest ta, iż jego obraz pojawia się w „Złym” Tyrmanda (1955), w opisie wizyty w galerii. Może: dawno czytałem tę książkę, nie jestem jej fanem, nie pamiętam¹. Prędzej w „Życiu towarzyskim i uczuciowym” (ukończona: 1964; r. wyd. 1967 w PRL), tam więcej podobnych klimatów, środowisk…

Przed Kro­ko­dy­lem na­dział się na krę­pe­go fa­ce­ta w wel­we­to­wych spodniach i czar­nym swe­trze, roz­cią­gnię­tym be­stial­sko przy szyi i wi­szą­cym do ko­lan.

czytaj dalej

Telegram: Kościan (1957)

Niedoręczony. I to jednak Siekowo, nie Kościan: filia czy oddział. Przynajmniej czas jakiś, może przeniesiono ją ze szpitala głównego. (W książce umieszczam Barbarę w Koscianie właśnie, wnioskując, niesłusznie, również i z tego telegramu: niżej przecież jest i Siekowo, warto czytać uważnie.)

O tych zakładach psychiatrycznych, do których trafiła po ich rozstaniu, nie zliczę ile ich było – kilka wierszy też napisze.
czytaj dalej