1953: wózki dziejów

Mam tylko jedno wspólne zdjęcie matki i ojca (fragment wyżej, całe niżej): z 1953 roku, nieco tam opisanego. Na którym i ja, choć niezbyt świadomy: ot, bobas. Za to ciekawy jest Zbigniew, jego strój: od razu widać, że artysta. Lato: ten beret, teczka z rysunkami, papierami, marynarka bez krawata (dziś częsta, wtedy: bunt). Ta nieobecność.
Co pisać więcej. Liczni (i wiele razy) pytali, czy mam żal. Tak, miałem, długo. Gdy znów zaczął nas odwiedzać (po 1956, na początku lat 60.) dostawałem ataków histerii gdy wychodził. Banały. Pisałem, szkoda powtarzać. Czy artyście wolno się żenić? Nie wiem. Wiem (czy raczej wierzę, pamiętam bowiem prof. Stanisława Piekarczyka, p. „Obok…”), że on nie powinien był. I tyle. Łatwo oceniać, prawda? (Ale przecież bym nie istniał, jednak szkoda.)

Jest więc oczywiste, że musiałem rysować: to był sposób na przywołanie zainteresowania ojca. Którego interesowała tylko Sztuka…

Dość żartów. Matka? Barbara na tych zdjęciach wygląda na bardzo szczęśliwą. Przez chwilę mogła wierzyć, że zły los ma za sobą. Niesłusznie. Traumy, traumy, tra ta ta…
Dziś wszystko nieistotne: tutti morti – lubił mawiać mój nad poziom (innych) oczytany tatuś. To jednak późny Zbigniew – i czas, gdy świadkowie tamtych wydarzeń już nie mogli opowiedzieć swych wersji jego / ich wspólnych opowieści. Wtedy łatwiej. I nie piszę tylko o relacjach rodzinnych, nie.

Że opowiadam? Jakieś fragmenciki, aby przestrzegać (i siebie) przed nadmiernym zaufaniem do tzw. historii mówionej, do relacji spisywanych po latach. Staram się sprawdzać, dopóki pamiętam. Wierzę, że ma to sens. Choć nie-za-bardzo. Brak mi papierów, przepadły, poniszczono, zgubiliśmy… Zdjęcia? Też niewiele dają: popatrzmy na tę szczęśliwą rodzinę. 

Raz jeszcze: niedługo nikogo tu nie będzie, tylko opowieści. I nie wszystkie: nie wiem choćby, kto na fotografii poza nami, może Kobyłeccy? Już nawet nie ma kogo spytać, tutti morti.

Ale interesujące są wózki: zbieranina z tego, co przetrzymało wojnę? Też.

Mam kilka zdjęć, połowa 1953 roku. Zwraca uwagę wózek
(to o zdjęciu obok, tylko z moim wózkiem – mr m.) 
jak ze scen wypędzania Niemców czy z bombardowanego Londynu. Wspólna Europa. Skąd brało się wózki w czasach, gdy wszystkiego brakowało? Kto to zbada.
Państwo Nikt…” str. 198

Pamięć potrzebuje namacalności rzeczy, ponieważ bez niej zniknęłaby bez śladu. Ta myśl Hanny Arendt kieruje nas w stronę rozmaitych obiektów

Marcin Zaborski „Droga, brama, szczelina. »Przejście« jako element symboliczny we współczesnych pomnikach i miejscach pamięci” (2011)

Albowiem pamięć – która jest tylko jednym, aczkolwiek jednym z naj­ważniejszych elementów myślenia – poza uprzednio ustalonym porządkiem rzeczy jest bezradna, a umysł ludzki tylko w niesłychanie rzadkich wypadkach zdolny jest do zapamiętania czegoś, co stoi absolutnie poza jakimkolwiek kontekstem.

Hannah Arendt „Między czasem minionym a przeszłym” (1983)

Detale więc zostają. Namacalne? Nie, nasze już nie: wózki na fotografii tylko. Jednak to kontekst jakiś. Nie taki, gdy mamy przedmioty, ale. Ale kogo one dziś interesują, gdy bodźców nadmiar. Za dużo: zdjęć, pamiątek, mebli, wazoników, kontekstów. Kto trzyma stare wózki. Wyrzucisz / zapomnisz.

A więc o nich chwilę.

Po wojnie rodzinną tradycję produkowania wózków kontynuowali synowie Antoniego Głębockiego Kazimierz, Eugeniusz i Jan. Ten ostatni prowadził firmę przy ul. Warszawskiej 365. (…) Firma Jana Glębockiego przetrwala do 1950 r. Wówczas została przejęta pod przymusowy zarząd Częstochowskich Powiatowych Zakładów Przemysłu Terenowego. W swojej bylej firmie Jan spędził jeszcze dwa miesiące, jednak wkrótce zrezygnował z posady ze względu na bardzo nerwową atmosferę panującą w zakladzie. Podjął pracę jako kierownik techniczny Wytwórni Wózków Dziecięcych i Lalkowych  pod dawną nazwą „L. Ciurzyński”…
Iwona Janeczek-Żak „Branża Dziecięca” (2011)

„Nerwowa atmosfera”, uroczy eufemizm. Nacjonalizacja, detal z Częstochowy. Są lata 50. nie zapominajmy. Ktoś tu mówił o kontekście?

W grudniu 1951 żenię się z Barbarą Zawisławską, córką robotnika, kandydatem PZPR. 27 września 1952 r. rodzi mi się syn, Mirosław. W lipcu 1953 jestem uczestnikiem kursu dla Kandydatów na Organizatorów Katedr Marksizmu-Leninizmu w Orłowie…
(z życiorysu Zbigniewa, brudnopis z 1953 r. w: „Podróż do środka…” str. 115)

Ot, baza i nadbudowa: wózek dziejów – i jego pasażerowie.

I tak można długo. Łatwo dziś opisywać, prawda? Układać. Odwieczne biblioteki w domu, pod ręką: na monitorze. Dla każdego. A bo są i – skoro o komuniźmie – schody odeskie, spadający z nich wózek dwukrotnego laureata nagród stalinowskich Eisensteina (bardzo elegancki zresztą, zdobycz rewolucyjna), później (nieco już archaiczne) Zbigniewa Rybczyńskiego… I kogo tam jeszcze.

Sam artysta (Rybczyński – mr m.) mówi, że ta kolaboracja z przeszłością, „wejście” do filmu Eisensteina (…) było dla niego najbardziej fascynującym przeżyciem.
Piotr Zamojski „»Schody« jako audiowizualny palimpsest” (2011)

Jako i te błahe fotki z bieda-wózkami – dla nas. Świat jako nieustające źródło cytatów (o nas).

Staczający się w dół wózek z niemowlęciem wywołuje bowiem na widzu większe wrażenie niż śmierć tysięcy. (…) Owa mistrzowsko skomponowana sekwencja ma tylko jedną wadę – nie posiada żadnego umotywowania w historii. Eisenstein wymyślił ową masakrę…
Agnieszka Czarkowska-Krupa „Pancernik Potiomkin – arcydzieło radzieckiej propagandy” (2023)

Świat jako nieustające źródło cytatów nie zawsze prawdziwych.
mr m.

Annopol (1933-44)

młody Zbyszek Makowski, w tle Annopol, fotograf NN, może ojciec Czesław?

Udało mi się wreszcie ustalić (choć byłem prawie pewien), że to Annopol, baraki. I to rok 1942, przed może. Więcej szczegółów tam. A widok z góry całego osiedla można zobaczyć w serwisie „Fundacji 1939”, zakładka FOTOPLAN. Tam też zdjęcie budynku szkoły, w której (najprawdopodobniej) ZbM zaczął naukę. (Ale może to była inna szkoła, też na Annopolu?)

Polecam też „Pelcowiznę”, starszy wpis, ale może pokazuje kontekst. Oraz plan Warszawy z tego czasu (1938) dla orientacji (link).
mr m.
(2025)

(aktualizacja kolejna)
Dostałem mail, daję prawie cały, bo sporo uzupełniający.

Cieszę się, że dzięki naszemu portalowi udało się Panu potwierdzić lokalizację wykonania zdjęcia Ojca. Faktycznie w tle widać budynek stojący na środku pl. Annopolskiego, a fotografia moim zdaniem może być wykonana w okolicach drewnianego budynku szkoły.
Tydzień temu udało nam się znacznie rozbudować opis całego osiedla, więc zapraszam do obejrzenia dodatkowych zdjęć albo z poziomu fotoplanu, albo poprzez ostatnią aktualizację.
Odnośnie szkoły, w której uczył się Pana Ojciec – Potencjalnie w grę wchodzi jeszcze trzeci budynek – istniejący po dziś dzień pod adresem Toruńska 23. Niestety nie potrafię powiedzieć czy on zdążył w ogóle funkcjonować jako szkoła przed, lub w czasie okupacji. Jako rok budowy podaje się 1939 r. więc istnieje też prawdopodobieństwo, że lekcje miały się w nim rozpocząć we wrześniu 1939, ale wybuchła wojna, a potem w czasie okupacji mógł być użytkowany inaczej niż szkoła. (…)
Ryszard Mączewski

Pierwotny projekt północnej części osiedla;
źródło: „Budownictwo mieszkaniowe 1924-28

CIEKAWOSTKI
Jest praca: Elżbieta Wierzbicka-Piotrowska „Bezdomne nazwy. Rozważania onomastyczne na przykładzie losów nazw miejscowych północnych terenów Warszawy spisanych przez Henryka Friedricha w 1933 roku” (2018);
o nazwach lokalnych z tamtych okolic Warszawy; niestety Annopol pojawia się w niej tylko incydentalnie.
m.

Cztery babcie…

…moje. Czyli kartki, nadal.
To znaczy: znałem dwie, jedną prawdziwą: babcię Józię – i jedną „przyszywaną” – tak o niej mówiła Barbara, ja mówiłem po prostu „babciu”. Czyli mą babcię Stasię. Ale były jeszcze dwie: jedna prawdziwa – babcia Wiktoria, nie znałem, nie mogłem. Oraz „babcia”, a raczej „przyszywana mama” matki mej, bo dla mnie jednak obca osoba, ledwo pamiętam mocno starszą panią w mieszkaniu w Alejach Ujazdowskich… Czyli Felicja Kobyłecka, w książce szczegółowo opisana w rozdziale „Ma”.
Obca, jeśli oczywiście nie liczyć listów, które później przysyłała z Izraela, do którego wyemigrowała, zostawiając tu córkę Elżbietę, o której w liście i książce sporo – i wnuczkę Isię. Czyli moją „kuzynkę”, prawie siostrę.

Ojciec, Menachem Steinberg pochodził z Pułtuska, był chasydem. Matka Sura Ryfka z domu Alter pochodziła z Mławy. Rodzice byli bardzo religijni. Felicja była najstarszym dzieckiem w rodzinie, opiekowała się młodszym rodzeństwem, Kubą, Judą, Leą, Zaumenem Szylem, Beniaminem. Była śliczna, jasnopopielate włosy i niebieskie oczy. Poznała Polaka, Józefa Kobyłeckiego, ochrzciła się i wyszła za niego za mąż. Jej ojciec wyklął córkę. Miała dwoje dzieci, Elżbietę i o 4 lata młodszego Krzysztofa. 

ze strony: Centrum Badań nad Zagładą Żydów


Listy z Izraela? Tak, sporo – i to w czasach (po 1968 roku szczególnie), gdy to nie było zbyt… Dobrze widziane, powiedzmy łagodnie. Ale nasz pan listonosz z ul. Broniewskiego w tych późnych latach 60. bardzo się z nami, ze mną „kolegował” – zapewne tylko z powodu znaczków, nieczęstych wtedy. Chętnie brał, dawaliśmy mu, żeby listy nie ginęły oczywiście.
A że to „mama”? Dziwne? Nie bardzo: zaopiekowała się Barbarą jak córką, nawet chyba – sądzę – zanim odnałazła swoje dzieci po okupacji. I później też bardzo się o jej życie troszczyła.
Także: są dwie mamy. Pierwsza ta prawdziwa: zobaczmy w liście Barbary: Poszłam do koleżanki mojej matki zmarłej… Czyli zapewne do którejś znajomej matki jeszcze z czasów tworzenia Pralni, domyślam się. Nie, raczej nie do Doroty Kłuszyńskiej (1876-1952), pani senator z PPS w II RP i aktywistki TPD po wojnie – która z kolei pomogła jej wcześniej w dostaniu się do Domu Dziecka; ta zmarła w 1952 roku właśnie, co prawda dopiero w listopadzie, ale.
Nie ustalę, kto to.
Oraz zobaczmy to drugie: Mama moja wyjechała na urlop… To „mama” z kartki, Felicja Kobyłecka właśnie. A i ona, jak widać, też się tak określała, gdy pisała do Barbary, tego nie wiedziałem. (Jak i tego, że Barbara mieszkała też w domu przy ul. Mickiewicza 18, tuż przed moim urodzeniem, ciekawe, u kogo?)
Oto więc moje cztery babcie :–).

Ale ten list jest interesujący z bardzo wielu powodów: choćby dla życiorysu Zbigniewa, z czasów jego aktywności polityczno-społecznej na studiach. Oto kolejny dodatek, uzupełnienie tej drugiej książki.
Ale też dla poznania realiów PRL we wczesnych latach 50. Oraz szczególnie informacji o WSM – a właściwie zasad (tu przydałby się cudzysłów jednak) przydzielania mieszkań po wojnie w tym WSM-ie; jakże innych w porównaniu z jasnymi, uczciwymi i prostymi regułami z przed wojny…

A „zlot” o którym pisze Barbara, że Zbigniew zrezygnował z pracy przy nim, a koledzy – nie? To pewnie:

Zlot Młodych Przodowników Budowniczych Polski Ludowej odbył się w dniach 20-22 lipca 1952 r. Poprzedzony licznymi imprezami – sztafety, konkursy itp. Na zlot przybyły delegacje 27 krajów. W kulminacyjnym momencie jakim był pochód przez Warszawę brało udział 200 000 uczestników.

Tak, zwykłe listy, kartki – a ile w nich dziejów (już prawie nie) najnowszych kraju.
Oraz moje dwie nieznane babcie.
mr m.

Manifest artystyczny trzynastolatka (1965)

W tej galerii znajdują się 4 zdjęcia.

Rysuneczki: robiłem ich mnóstwo, takich właśnie – i rozbudowanych (nawet do formatów B1, 1000×700 mm). Zaś opis ich, niżej, pod listem Zbigniewa reprodukowany, jest chyba naśladowaniem: tatusia. Ta samoświadomość… W tym notesiku, na pierwszej stronie jest pierwszy rysunek który powstał ok. dwuch (tak napisałem: „u” – mr m.) lat temu… czytaj dalej

To jednak zima 1950/51…

Barbara ma dwadzieścia, dwadzieścia jeden lat, jest ładna, pojawiają się chłopcy, panowie już raczej…

i poznanie pierwszego chłopca, który poważnie chciał ułożyć sobie ze mną życie. Był przystojny, pracowity i uładzony. Nie kochałam go zapewne, ale było mi dobrze w jego obecności. Przypadkowy spotkany kolega z kolonii letniej, jedynej w której po wojnie uczestniczyłam (i skreślone: nie jako opiekunka), student I roku ASP przetrzymał Adama (i skreślone, nadpisane: Janusza).

W tym akapicie zresztą sporo skreśleń. Mam jakieś zdjęcie, ona z nieznanym mi młodym człowiekiem. Z tyłu napis: „Basi” i jej opis „Krynica 1951 grudzień”. To „grudzień” skreślone. Na zdjęciu zima i śnieg. Czy skreślone dlatego, aby Zbigniewowi nie dawać argumentów do – późniejszej – sprawy rozwodowej? Nie dowiemy się. Urodziłem się dziewięć… Nie: jednak dziesięć miesięcy później.

Państwo Nikt…” str. 194

No, tak: piszemy, piszemy… A wystarczy uważniej „czytać” (oraz czytać opisy na nich) zdjęcia. Dedykacja z tyłu (innego zdjęcia, a nie tego, o którym wspominam) jest z sierpnia 1951; a i na tym zdjęciu z Krynicy mamy śnieg – to więc zima rok wcześniej. Ot, takie sprostowanie, bo mój tatuś mógłby mieć na imię Janusz – a nie miał.
Żarty czyli życie: codzienne, w wakacyjnych fotografiach pochowane.
mr m.

Festiwal, 1955.

Przeszłość to ludzie: banał. Ale przeszłość to też formułki, historia rerum gestarum – i życiorysy ludzi ważnych. O nieważnych nie warto pisać, to zwycięzcy opowiadają, to oni tworzą przeszłość.
Napisaliśmy z kolegą książkę o festiwalach (i nie tylko). Mała (416 stron) ale dużo czasów (1955-2021), nie da się wszystkiego. (A przeszłość – to wszystko, res gestae przecież: banały.)
Jest tam i rozdział o V Światowym Festiwalu Młodzieży i Studentów, z konieczności ogólny – choć spisujemy i nowe relacje tych kilku osób (Marzanna de Latour, Zbigniew Makowski…), do których udało się dotrzeć.

Powiedziałam ojcu, że owszem, pojadę z nim na festiwal, tylko pod warunkiem, że kupi mi tę torebkę koloru czerwonego. A że zawsze spełniał każdą moją zachciankę i tym razem zgodził się bez wahania. Torebkę kupiliśmy już w Warszawie. To zdjęcie, na którym ją trzymam i siedzę obok czarnoskórego mężczyzny było pomysłem ojca. Chciał mi uświadomić, że świat jest wielobarwny i wielokulturowy. Ale mi ta codzienna szarość nie przeszkadzała, ona mnie ubodła znacznie później

Marzanna de Latour, w: Koniec festiwali…” str. 40

Byli młodzi, niekiedy to dzieci nawet. Do osób, które patrzyły na owo – ważne i gigantyczne – zdarzenie też „z dołu”, lecz nieco „doroślej” już nikt nigdy nie dotrze: nie żyją. Tak, są relacje oficjalne, mnóstwo zdjęć, są nawet raporty milicyjne. Ale czy to wystarczy?

Na czas trwania festiwalu wysiedlono z centrum Warszawy część „podejrzanych” i prostytutek, osób – jak to napisano w jednym z dzienników – o „gorszącym trybie życia”. (…) Delegatów na festiwal (z wyjątkiem etatowego aktywu ZMP) miano poddać sprawdzeniu w kartotece operacyjnej z wykorzystaniem kart E-1533, głównie zaś osoby starające się o posadę tłumaczy festiwalowych (…).

(z raportów MO) „Koniec festiwali…” str. 28

Babcia moja, matka Zbigniewa, była przy festiwalu zatrudniona, czego do niedawna nie wiedziałem. Dziś żal, że nie spytałem, nie spisałem jej opowieści. (Zmarła w 1984 roku, już były magnetofony, pracowałem w prasie…)
Owszem: relacja Zbigniewa – młodego wtedy studenta ASP – jest ciekawa. Ale – poza wątkiem „Arsenału”, ten świeży – dość podobna do innych. „Było kolorowo, to było otwarcie…” A szczera, mniej oficjalna relacja pani magazynier, byłaby być może jedyna. I zapewne pełna realizmu socjalizmu. Babcia miała i poglądy, i zmysł obserwacji, i cięty język. Oraz pryncypialność ocen; czasem może nadmierną. Ale tu by się ona przydała.
Został mi tylko dyplom i legitymacja, kiedyś, przez kogoś starannie ukryte na dnie szafy: przecież trochę wstyd, prawda? Świat przez okno magazynu oglądany, proletariacki pogląd – na ideę… Kogo to obchodzi? Sztuka tylko, proszę Pań i Panów, zostaje – a reszta na śmietnik.
mr m.

Wołomin (odc. 2)

Zdjęcia – to niestety w większości reprodukcje, z lat 30. tak oceniam. Dlatego trudno datować oryginały, nie mam tego, co było po drugiej stronie (ew. opisy, cechy papieru, pieczątki zakładów fotograficznych…). A same te reprodukowane zdjęcia są chyba jeszcze z początku lat 20. Rozpoznaję Małgorzatę z d. Rudnicką Strosznajder, siostrę Władysława Rudnickiego i córkę Ludwika (ale z którego małżeństwa, był ponoć trzy razy żonaty?) – oraz jej syna – Aleksandra Strosznajdera: to młodszy z dwóch panów na wspólnym zdjęciu (stojący) i ten sam na podobnym, siedzący. Ale czy drugi to jego brat, Roman? Może, nie wiem…


To oczywiście kontynuacja wątku „Wołomin” i są to zapewne zdjęcia z tego miasteczka. Chyba, nie rozpoznam, może ktoś? Dodatkowo – może ktoś stwierdzi, czy zdjęcie z kościoła – to też Wołomin? Jest nieostre – może to pogrzeb? Ale coś widać… A te domy: zapewne już nie istnieją. Może na ich miejscu wybudowano nowy, ul. Kościelna 34? Spekulacje.
Małgorzata – czyli jednak ciotka mej babci Józefy Kłodos – żyła w Wołominie na pewno do lat 50. – czego dowodzi legitymacja PSS (1954) też niżej – zresztą wypisana z błędem: to „j” w nazwisku jest niepotrzebne. Za to z tym samym adresem – ale czy dom był nadal jej? A sklep? W 1954 raczej (?) znacjonalizowany…
Ale są też i inne zdjęcia z archiwum babci mej, na nich pojawiają się – i nawet na tych już z lat 50. oraz 60. – też jej dzieci, synowie, ich żony… Rozsypani po świecie, niewiele wiem, nadal śledzę. Choć to bardzo boczna gałąź rodziny: w latach 70. Zbigniew pisał, w kwestionariuszu paszportowym, w osławionej rubryce „rodzina za granicą”, iż jest taka, w (d.) ZSRR, w Moskwie, to Strosznajderowie właśnie. Ale, zaznaczał ostrożnie, kontaktów nie utrzymuje. Zabawne – bo to był chyba słuszny kierunek?
Żarty. Choć może i niekoniecznie… Żyć w latach 30. w Moskwie, do tego bywać w Polsce? Są zdjęcia i stamtąd (Moskwa) i jakieś z lat 20., może nawet i z 30. – ewidentnie z Warszawy (widać np. w tle kościół św. Floriana – to nazwa zwyczajowa, dokładniej: św. Michała Archanioła i św. Floriana Męczennika – na Pradze). Są i inne z warszawskich zakładów fotograficznych (192…), zostawiane „na pamiątkę siostrze”… Sporo tego, kłopot – bo nie ma kogo spytać.
Same pytania, tylko tajemnice.
mr m.

Uaktualnienie:
z niedawno otrzymanych (w 2021 roku) papierów wynika, że – już za granicami Polski – używali, używał jeden z nich, nazwiska w transkrypcji Strohschneider (lub Strochschneider, tak mam w jakichś pośrednich papierach adwokata z Wołomina, z połowy lat 50. XX wieku); co byłoby interesujące, bo z tych samych papierów wynika dość jednoznacznie, że była to rodzina czeska, mąż Małgorzaty na pewno – a to nazwisko wróciło niejako do brzmienia raczej niemieckiego
m.

Czesław Makowski (ok. 1894 – ok. 1943)

Dziadek ze strony ojca. Szukam informacji, mam niewiele, mój ojciec, Zbigniew, mocno go idealizował; i też ukrywał informacje o nim. Oraz o sobie, rodzinie czy nawet o tym, gdzie mieszkali… Niewiele wiem.

Urodzony ok. 1894, być może w Wyszogrodzie (Archiwum płockie, 50/169/0/-/135). To raczej ten: a jeśli: 3 marca 1919 kawaler lat 24 zawarł ślub ze Stefanią Szelągowską (z tego samego archiwum i aktu info; i wtedy jego, ich rodzice to Helena z Markiewiczów (a jej rodzice: Michał, Maryanna z d. Stankiewicz) i Antoni Makowski (rok 1882, akt nr 48; rodzice: Wojciech, Maryanna z d. Ciechanowska, parafia Lubowidz).
Mam też i akt ślubu Czesława, on rodzi pewne wątpliwości i niekiedy nie zgadza się z dopiskiem w akcie urodzenia z Archiwum Państwowego w Płocku (akt nr 135/1894 z Parafii Rzymskokatolickiej w Wyszogrodzie 1826-1921). Czesław ma mieć wg tego aktu „lat dwadzieścia cztery”, zaś Stefanii mama ma być „ze Stefaniaków”. Ktoś się gdzieś pomylił – tylko kto i gdzie? I tak w kółko…

Ale o tym, że ojciec Czesław pochodził z Wyszogrodu wspomina też i Zbigniew, gdzieś w książkach swych. (To kolekcja Wrocław? Nie pamiętam.)

Z moją babcią, matką Zbigniewa – ślubu z Czesławem nie mieli. Poprzedni ślub by to tłumaczył: rozwodów prawie nie było.
W (pełnym, a nie skróconym) akcie urodzenia Zbigniewa mam tylko: data urodzenia… 36 – co jest informacją o wieku Czesława; a nie datą. Ale też i tu wątpliwość: z którego roku – urodzin Zbigniewa (1930) czy zgłoszenia urodzin w Urzędzie (1931)? Nie wiem.

Aktu zgonu Czesława (1941? 1942? 1943?) nie mogę znaleźć, nie ma go w Wyszogrodzie (sprawdzono: 2024) a i w Archiwum USC w Warszawie też nie znaleźli (2019). Ponoć zmarł na zapalenie płuc, w Warszawie, w czasie okupacji – to informacja od Zbigniewa. W życiorysie, tym stworzonym przed przyjęciem do Akademii (1950) pisze, że jego ojciec zmarł w 1941, w późniejszych opowieściach mówił, że to rok 1943… I tak w kółko.

Miał (ponoć) brata: Marcel Makowski, (może to ten: ur. w 1900 roku, Wolanów, księga UMZ-1900, akt nr 5, imiona rodziców się zgadzają, tylko nazwisko panieńskie matki – inne). To informacja z rozmów ze Zbigniewem; np. w: Agnieszka Kuczyńska, Krzysztof Cichoń: „Wąski Dunaj No. 5”, wyd. Atlas Sztuki, ISBN: 83-919506-5-4 (2008).

Na wiosnę 39 roku przyjechał brat mojego ojca, Marcel, był już prawie Francuzem, po wojnie bolszewickiej wyjechał do Francji i został. Siedzimy przy stole – on, ojciec, mama i ja. I on mówi do swojego brata: „Czesław, jak was Niemcy zaatakują, to utrzymacie się miesiąc. Jak bolszewik ruszy z drugiej strony to dwa tygodnie. Bierz żonę, bierz syna i jedź do mnie do Francji”.
A ojciec mial usposobienie lodowate. To przecież rodzony brat. On go na rękach wyniósł ciężko rannego pod Radzyminem. Wziął go na ręce, poleciał do polowego lazaretu: ratujcie go! I tak dalej. Stryj wyszedł z tego. Wsadzili mu te wątpia do środka, dziurę zaszyli, wyjechał potem do Francji.
Ojciec nawet słowa nie powiedział na temat tego wyjazdu. Święty obowiązek. Ani słowa.

Wąski Dunaj…” str. 176

Dodam, bo muszę: ile jest w tym opisie literatury, a ile faktów – nie wiem. To relacja dziewięciolatka – który opowiada coś sprzed ponad siedemdziesięciu lat…

Mam też miniaturkę jego orderu Virtuti Militari (korekta: nie VM a medalu „Polska Swemu Obrońcy, poprawił mnie kolega z instagrama, ta Sieć… ) – mocno jest zardzewiała. To była tania produkcja, dużo wtedy tych orderów przyznano, było za co… Na cząstkowej liście odznaczonych tym medalem (wikipedia) Czesława nie ma. Przy okazji: na – niepełnej – liście przyznanych krzyży VM jest dwóch Czesławów Makowskich – jeden to 01 DAK; order V kl. za lata 1918-20; drugi to 11 PPL (Pułk Piechoty Liniowej nie istniał już chyba…); też order V kl. i też za lata 1918-20. Obaj w stopniu majora: czy to któryś z nich? Raczej nie, ale…

Informacje, dotyczące pracy dziadka – podawane przez Zbigniewa, w książce wyżej i w rozmowach, nielicznych – nie bardzo zdają mi się wiarygodne. Jedyne, co widzę, to z tego zdjęcia wyżej: „Wod. i Kan. m. st. Warszawy” – czyli zapewne popularne „Filtry” przy pl. Starynkiewicza 5.

Tyle mogę ustalić. Żal, że z babcią nie rozmawiałem więcej – ale byłem za głupi. Za bardzo zajęty teraźniejszością.
mr m.

„Odwilż” (1956)

Ciąg dalszy porządków z książkami. Oto słynna kiedyś powieść Ilii Erenburga – egzemplarz o którym w „Państwie Nikt…” wspominam przynajmniej dwa razy: o niej samej…

Więc jak? Jak było, kiedy czytali (w „Po prostu” – mr m.) „Odwilż” Erenburga..
Chyba mam ten „ich” egzemplarz, został mi po Egonie. Z pieczątką nawet. Ale może właśnie tworzę kolejne mitologie.

„Państwo Nikt…” str. 259

Tak, chyba tworzę: znalazłem tylko egzemplarz Zbigniewa i Barbary.
(Choć tamten – pamiętam, cóż jest więc „pamięć”… Może był.)

Ale ten znaleziony – też znaczący: podpisany „Kościan, 1956”; a to kolejny ważny punkt naszej opowieści… Ot, podniszczone świadectwa, dowody, że przeszłość istniała. Chyba.

W książce mej jest też wiersz Zbigniewa o odwilży, wcześniejszy: z 1947 roku. Ale nie chcę odbierać Wam przyjemności poznania go :–)
mr m.

„Chiński drzeworyt rewolucyjny” (1951)

Po Zbigniewie, gdy się od nas wyprowadził (1956), zostało nieco książek – dziwnych. Takich, których już zapewne nie potrzebował. Trochę o sztuce, głównie socrealistycznej. Nieco niemieckich. Oglądałem je wiele razy – i nawet nie ze względu na niego – choć może: nie pamiętam. Za to z fascynacją. I jakąś… Jakimś dziwnym uczuciem, trudno mi to – jednym słowem. Ich estetyka była tak inna, dziwna, obca…
Dziś kilka kartek z jednego tylko przykładu, za to formalnie ciekawego. W książce, już bez okładki, gdzieś przepadła, są bowiem i drzeworyty wprost propagandowe, w manierze moskiewskiego socrealizmu – oraz produkcje, stylizowane na sztukę ludową. Te są ciekawsze, dziś.
Całość mnie nadal bawi; szczególnie, gdy ponurość kontekstu, tamten duch czasów – uleciał. Ot, pamiątka: część życia jego, Zbigniewa (krótka) – i mego (dłuższa).
No i są one też trochę jak Test Rorschacha, mój prywatny. Ot, na tym górnym (i lewym obrazku na nim) – zawsze widziałem głowę krowy… Cóż: ta psychoanaliza.
mr m.

Brat pradziadka, ale który?

Tak wynika z podpisu-opisu (1928). To brat Władysława Rudnickiego, ojca mej babci, Józefy. Sęk w tym, że Władysław zmarł w 1913 roku bodaj. A i Jan z tego zdjęcia jest jakiś inny – niż Jan z innego… Dla kogo ta dedykacja? (Ale zobaczmy uaktualnienie niżej.)
Był jeszcze inny brat – Jakub, też mam zdjęcie, ciekawy wątek – i ze Zbigniewem związany nie tylko rodzinnie. Ale może kiedyś. Same zagadki, nie ma kogo spytać. „Cienie zapomnianych przodków”… Ale zdjęcie piękne; choć niby zwyczajne – i mnie jakoś… Wzrusza. Młodzi, fajni ludzie, nic o nich nie wiem. Szkoda.
mr m.
Uaktualnienie: braci było chyba sporo, w Genetece znajdujemy sześciu synów Ludwika Rudnickiego i Marianny Cieślik, kolejno wg dat urodzenia: Władysław (1878), Jan (1880), Wincenty (1884), Stefan (1887), Jakub (1888) i Andrzej (1890).
m.

Zebrania, egzekutywy…

W ofercie Domu aukcyjnego „Libra” pojawił się bardzo interesujący obrazek: to Erna Rosenstein (1913–2004), bez tytułu, z 1954 roku.

W sposób oczywisty wiąże mi się on z dwoma rysunkami Zbigniewa („Źli”, ok. 1955) z mych zbiorów, tych z „tapczanu Barbary”. Oba szkice tuszem – o tym samym, jeden, ten znaleziony jako drugi zresztą, później – drukuję w „Podróży…”, gdzieś pod koniec. (A dlaczego nazywam to „Źli”? Więcej nieco – tam; lub w książce. Gdzie też pojawia się i Adam Ważyk, jego „Poemat dla dorosłych” – ale może o tym…)
Rysunek, oba dwa Zbigniewa, nigdy chyba nie były publikowane, drukowane (?). Ale i obrazek pani Erny – o ile pamiętam Zbigniew mawiał o niej ze sporą sympatią, co było nieczęste – i jego rysunki są przecież o tym samym.

Pojawia się również kolejna, interpretacyjna wątpliwość –
– stosunek samej artystki do socrealizmu. Był on szczególnie trudny, ze względu na ideowe rozdarcie: Erna Rosenstein miała jednoznacznie lewicowe poglądy i jednocześnie wybrała zgoła odmienną drogę twórczą.

cyt. z: „Libra

Rozdarcie? Może u pani Erny, nie sądzę… (Może dostrzegamy, chcemy dostrzegać dziś ironię – tam, gdzie była tylko ślepota i gorliwość.) Za to u Zbigniewa widzę jednak ponurość. I monotonię i beznadzieję. I co tam jeszcze. I nawet portret Wodza – ucięty.
(A też był niewątpliwie „lewicowych poglądów”, cokolwiek to znaczy u dwudziestolatka z ZMP.)
I tylko szkoda, że takich prac się z tamtych czasów tak mało uchowało. A bo może mało powstało? Nie wiem…
Trudne czasy – to banał. Jeszcze trudniej było o nich opowiadać, wtedy. A dziś? Dziś mamy prawdy ogólne, okrągłe zdania – i kilka ledwie obrazków o tamtych emocjach.
mr m.

Zbigniew Makowski, ok. 1955 (?)
Erna Rosenstein (1913–2004), bez tytułu, 1954 r.

Zdjęcia od legitymacji

Różnych. I z różnych powodów odrywane, czasem to jedyne – lub nieliczne – zdjęcia, jakie nam zostały. Legitymacja nie wydawała się ważna, ot: coś było – i już nie ma. (Lub była ważna: za bardzo – i dlatego wyrzucona. Nie, nie w tych niżej przypadkach; ale znam takie.)
Oto kawałek przeszłości. A że mnie dziś – niekiedy, bo czasem mam tylko legitymację, bez zdjęcia – brakuje tych legitymacji? Tej wiedzy… Cóż.
Niżej kilka zdjęć legitymacyjnych mej babci Józefy. Pierwsze jeszcze z czasu wojny – zobaczmy pieczęcie (odciski).
Czy można z nich coś dziś wyczytać? Niewiele, nieco. Mam i legitymacyjne zdjęcia innych, nie tak jednak liczne – choć niektóre ciekawe („Pierwsza Pralnia Spółdzielcza” choćby). Kiedyś może.
mr m.

„Podróż…”

…już jest, to druga, może trzecia część całości – jeśli liczyć „Obok…” jako część tego samego świata Peerelu; tylko bardziej o nas, o mnie nieco… (A skoro trzecia to chyba ostatnia :–)
Cóż: ocenicie Państwo – lub nie.
Zapraszam.
mr m.

Rewersy więcej mówiące

Bowiem gdy z przodu są ludzie, przecież z twojej rodziny, o których nic nie wiesz – wtedy zostają rewersy zdjęć. Wiele razy wspominałem. Owszem: o jednym z tych zdjęć coś wiem – ale reszta? Ta „Riga” skąd? A dwaj uroczy bracia? Czy to rodzina pradziadka – siostra jego, chyba Małgorzata Rudnicka, miała z mężem (ich ślub to ponoć 30 lipca 1893 r. w Kobielach Wlk. lub w Radomsku), nieznany mi z imienia p. Strosznajderem – też Aleksandrem jak później jego syn, lecz na co dzień używającym imienia Jan – dwóch synów Romana i Aleksandra, później żyli w Rosji i innych krajach regionu…
(Może coś jeszcze o nich kiedyś; bo mam jakieś – też nieopisane – zdjęcia, inne papiery, dość liczne.) Czy to raczej inni bracia: dziadek mój i brat dziadka Marcel, o którym wspomina Zbigniew w książce „Wąski Dunaj nº 5” (a o którym ja niewiele wiem)? Możliwe – zdjęcia wydają się pochodzić z samego początku XX wieku… Tylko przypuszczenia, spekulacje. Zostaje żmudne datowanie „po fotografach…”

I na pewno to rodzina pradziadka – na drugim ze zdjęć braci, bo zachowały się aż dwa, jak widać, jest informacja, że „p. Strosznajder 1 odb. 18×24” – sądząc z formatu odbitki znacznie późniejsza…

A więc fotografia: zakład w Łodzi istniał w latach od 1893 r. do ok. 1934…
Zakład przy Nowym Rynku 6 nosił dla odróżnienia od firmy przy Dzielnej 13 („A. Piotrowski” – mr m.) – nazwę „A. Piotrowski” lub „Piotrowski”. 
A jest również w dziejach i zakład fotograficzny „Piotrowicz”, ale to żona: Maria z d. Piotrowicz właśnie, zabawne…
Według ówczesnej prasy zakład zmieniał właścicieli, ale byli to członkowie rodzin Piotrowskich i Piotrowiczów. Brak dokumentów nie pozwala na dokładne prześledzenie owych zmian.
(wikipedia)
Zaś Carl Anton Schulz (1831-1884?) to niemiecki i estoński fotograf
mr m.

„Młodości mojej niebo i tortury…”

Ten krótki moment w życiu Barbary: już poza domem dziecka, jeszcze nie żona i matka. Proste radości, jacyś znajomi, flirty – to nic, że wszyscy na tych nielicznych zdjęciach wyglądają starzej, niż są: pokolenie wojny przecież. (Barbara ma tu prawie dokładnie 20 i pół roku.)
Kto to? Mam jakieś drobiazgi, tak je opisałem w „Państwie Nikt…”

(Barbara) …i poznanie pierwszego chłopca, który poważnie chciał ułożyć sobie ze mną życie. Był przystojny, pracowity i uładzony. Nie kochałam go zapewne, ale było mi dobrze w jego obecności. Przypadkowy spotkany kolega z kolonii letniej, jedynej w której po wojnie uczestniczyłam (i skreślone: nie jako opiekunka), student I roku ASP przetrzymał Adama (i skreślone, nadpisane: Janusza).
W tym akapicie zresztą sporo skreśleń. Mam jakieś zdjęcie¹, ona z nieznanym mi, młodym człowiekiem. Z tyłu napis: „Basi” i jej opis „Krynica 1951 grudzień”. To „grudzień” skreślone. Na zdjęciu zima i śnieg. Czy skreślone dlatego, aby Zbigniewowi nie dawać argumentów do – późniejszej – sprawy rozwodowej? Nie dowiemy się. Urodziłem się dziewięć… Nie: jednak dziesięć miesięcy później.
Pragnęłam domu, pragnęłam stabilizacji…

„Państwo Nikt…” str. 194

Po wskanowaniu nowych zdjęć zobaczyłem jednak, iż się pomyliłem w książce; ja – lub ona, w opisie? Oraz, jeśli to ja – to okrutnie rzecz nadinterpretowałem. To grudzień 1950 roku jednak; a nie – rok później. Cóż…
Czy któryś z nich na zdjęciach – to ów Janusz vel Adam? Nie wiem. I już się nie dowiem.
Zwróćmy też uwagę na detal skanu, owo: „Z.S.R.R.” – w tle zdjęcia z Barbarą. Takie promieniowanie tła.
mr m.

¹ – ale inne, niż to na dole; zob. też uwaga dot. datowania (nie 1951 a 1950)

Dedykacje (1942, 1946,1953)

Dwie fotografie: Wacław Zawisławski, jego córka, już wtedy sierota Barbara, jeszcze wtedy Zawisławska – oraz jeden rysunek z dedykacją: pierwszego męża Zbigniewa Makowskiego (przedstawiający oczywiście mnie). Wszystkie wysyłane do rodziny: to Gilewscy, najpierw do Iłży, później do Wrocławia już. Ojciec do córki, Barbara do najbliższej rodziny… Fotografia jako forma spotykania się.


Zwróćmy uwagę na zdjęcie Barbary: wysyła je i podkreśla, gdzie żyje: „internat”. Oraz na nazwę zakładu: „Foto Mary”, ul. Mickiewicza 56. Zakład był zapewne w willi na rogu ul. Mickiewicza i ul. Mścisławskiej (nazwa pojawia się gdzieniegdzie w innych archiwach). Oraz na jej strój, biedne, powojenne rzeczy…
Wszystkie skany: z archiwum Krystyny Gaëtan-Gilewskiej.
mr m.

Walka z analfabetyzmem…

…czyli tzw. Dni Oświaty, Książki i Prasy. Ciekawe, choć marginalne wspomnienia – ja ze Zbigniewem. Mnóstwo sławnych ludzi, wszyscy (tak mi się wydawało) to jego znajomi… Lubiłem to.

Poza kwestią popularyzacji książki i upowszechnienia oświaty, intencją nowego święta, jak już wspomniano, było połączenie dwóch rocznic: święta robotniczego Pierwszego Maja oraz rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 Maja i „neutralizacja antagonizmów politycznych miedzy tymi datami”. Usiłowano zdeprecjonować „Święto Konstytucji” ze względu na jego przedwojenny rodowód i narodowy charakter konkurencyjny dla 22 lipca, rocznicy powstania Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego, obchodzonego od 1945 r. jako „Święto Odrodzenia”. O ile w roku 1945 obchody trzeciomajowe, poprzez pochody i przemarsze, nawiązywały jeszcze do obrzędowości II Rzeczpospolitej, to w 1946 r. obawiano się antyrządowych wystąpień i wykorzystania uroczystości przez przedstawicieli Polskiego Stronnictwa Ludowego do zaprezentowania własnej siły i uzmysłowienia społeczeństwu, że opór wobec komunizmu ma szanse powodzenia. Zapobiec miało temu „neutralne” „Święto Oświaty”. 

      1. Wanda A. Ciszewska

    „Święto Oświaty” w świetle instrukcji z lat 1946–1949

czytaj dalej

Z archiwum Zbigniewa: nowe skany

To tylko informacja: skanuję spore, jak na czasy, z których pochodzi – oraz jak na losy, jakie przeszło (głównie zbyt liczne przeprowadzki) – archiwum, które zostało mi po Zbigniewie (i Barbarze, ale tego jest znacznie mniej); głównie z lat 1946-56. Ciekawe lata, zasługują chyba na szersze omówienie – intensywnie myślę. Ale coś za coś: rzadziej pojawiać się tu będą nowe wpisy. (Choć chyba warto poczekać, sądzę.)

uaktualnienie: już (2020) jest więcej
mr m.

Przedszkole (1957?)

Oto ja, idę do przedszkola, ul. St. Wyspiańskiego. Zdjęcia niewiele dodają do opowieści, ale mogą zainteresować kogoś, dziejami Żoliborza pochłoniętego. Jest rok… Raczej 1957, może to mój pierwszy rok tam: może nawet 11 marca, „Dzień kobiet”?

Przez 55 lat funkcję kierownika a potem dyrektora przedszkola pełniło 5 osób, m.in. Lucyna Szulim

czytaj dalej

Cytuję i polecam…

Bardzo interesujące uwagi Pawła Jędrzejewskiego ((Forum Żydów Polskich) o antyizraelskości lewicy, polecam. A też dlatego, że bliskie są temu, o czym wspominałem nieco w rozdziale „Lewica” mej opowieści (str. 347-374). No bo porównajmy.

Istnieją powody oczywiste, że lewica jest antyizraelska… (…)
Ale istnieją przyczyny znacznie głębsze.
Europa podlega głębokim i powszechnym przeobrażeniom zrodzonym z myśli LEWICOWEJ: rezygnuje ze swojej tradycji. W swoim lewicowym nurcie, Europa odrzuca nacjonalizm, a przy okazji patriotyzm. Odrzuca separatyzm, a przy okazji własną kulturową tożsamość. Obydwa, jako przejawy prymitywizmu. Zastąpiła ją nową wiarą – w wielokulturowość. Niczym nie brzydzi się tak bardzo, jak „starą Europą”. Europa zaczadzona lewicowymi ideami postrzega więc siebie samą wyłącznie poprzez cechy odrażające: rasizm, ksenofobię, europocentryzm. I nienawidzi ich. Nic nie napawa ją takim wstrętem, jak idea powiązania narodu z terytorium. Chyba tylko samo pojęcie narodu. (…)
Forum Żydów Polskich

Oraz moje notatki:
czytaj dalej

Barbara Zawisławska (1929-2017)

Barbara, 1mo voto Makowska, 2ndo voto Gonczarska, urodzona w Warszawie, 25 lipca 1929; zmarła 4 grudnia, w domu opieki w Serocku: ona, warszawianka od pokoleń. W dzień swych imienin, lubiła ten dzień, obchodziła, nawet gdy była już sama.

Jutro

(to 1981 rok – mr m.)

…muszę zdobyć tort, posprzątać, przyszykować dom jakby to było za Babci (…).

„Państwo Nikt…” str. 278
Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że tak sobie wymyśliła; choć przez ostatnie tygodnie, miesiące już prawie się z ludźmi nie porozumiewała.

a tu: śpi, na rysunku Zbigniewa, rysunek na odwrocie papieru fotograficznego, tuszem; z samego początku lat 50.
mr m.

Ankieta personalna

W tej galerii znajduje się 8 zdjęć.

…z I poł. lat 50. Pusta, znaleziona wraz z papierami Barbary i Zbigniewa – również z wersjami ich życiorysów: w ankiecie jasno napisano, że należy do niej dołączyć także szczegółowy życiorys. Nie wiem, czy umiałbym napisać coś „bardziej szczegółowo” o sobie, po wypełnieniu takiej ankiety; ale przecież nie o te… czytaj dalej

Listy z kolonii

I sanatoriów, jak tu, stamtąd koperty (z 1963 i 1965). Rymanów Zdrój, Bieszczady, kolejna „zima stulecia”.

(…) dla Makowskiego tą najważniejszą zimą stulecia jest ta bieszczadzka z 1963 roku. Pojechał wtedy do sanatorium. „Byliśmy w tych Bieszczadach dwa miesiące, a może i dłużej. Sanatorium ale i szkoła niestety. Nauczyciel matematyki rzucał w nas, zwykle kredą, białą jak śnieg. To tolerowaliśmy, zmuszeni. Gdy jednak we mnie rzucił mokrą ścierką do wycierania tablicy i kazał oddać – odrzuciłem mu, zamiast odnieść. Nie bez obaw, jak to się dla mnie skończy…”

Grzegorz Sieczkowski „Zima stulecia” (plan. data wyd. 2017)


Jeździłem często.

czytaj dalej

Koń na biegunach (1957?)

Chciałem mieć zdjęcie z Laleczką, taką najmniejszą ze środka „ruskiej baby”. I mam: to, co widać, moja prawa ręka trzyma laleczkę. A że nie widać? Cóż: uparłem się, choć trzeba było mieć zdjęcie na koniku (chłopcy) – albo z lalką, dużą (dziewczynki). Nie odpowiadało mi ani to, ani tamto – konia na biegunach miałem już chyba wtedy w domu, żadna atrakcja.
Przedszkole nr 96, Warszawa, ul. Wyspiańskiego. To tzw. serek żoliborski, „duże jajo”.

Przedszkole nasze powstało we wrześniu 1954 roku. Na początku było placówką czterooddziałową. W pierwszym roku istnienia mieściło się w starym budynku willowym na Pl. Henkla i prowadzone było przez „Caritas”. W 1955 roku przeniesione zostało na ul. Wyspiańskiego 5 i otrzymało nr 96. (…) Przez 55 lat funkcję kierownika a potem dyrektora przedszkola pełniło 5 osób, m.in. Lucyna Szulim…

czytaj dalej

Poezja wizualna

Kłopot, jaki mam z tą stroną jest i taki, że najefektowniejsze, najbardziej widoczne są ślady, jakie zostawił Zbigniew: w końcu malarz, rysownik… A przecież nie on jest najważniejszy w tej książce.
(Aktualizacja: jest za to w innej, nowej: 2020 rok.)
Tak, dla mnie istotny – ale to opowieść o Barbarze. Jej dzieje są osią. Dlaczego? Banalnie: to ona jest najbardziej Nikim, „człowiekiem bez właściwości”. O nim napisano sporo. Dla równowagi choćby.
czytaj dalej

Dzienniczki szkolne

Choć może tylko mój, z I klasy szkoły podstawowej (1959/60). Lecz i inne przejawy edukacji w PRL, niżej.
czytaj dalej

„Źli” Zbigniewa Makowskiego (1955?)

Jedną z licznych – jak je nazywam – mitologicznych historyjek mego ojca jest ta, iż jego obraz pojawia się w „Złym” Tyrmanda (1955), w opisie wizyty w galerii. Może: dawno czytałem tę książkę, nie jestem jej fanem, nie pamiętam¹. Prędzej w „Życiu towarzyskim i uczuciowym” (ukończona: 1964; r. wyd. 1967 w PRL), tam więcej podobnych klimatów, środowisk…

Przed Kro­ko­dy­lem na­dział się na krę­pe­go fa­ce­ta w wel­we­to­wych spodniach i czar­nym swe­trze, roz­cią­gnię­tym be­stial­sko przy szyi i wi­szą­cym do ko­lan.

czytaj dalej

Telegram: Kościan (1957)

Niedoręczony. I to jednak Siekowo, nie Kościan: filia czy oddział. Przynajmniej czas jakiś, może przeniesiono ją ze szpitala głównego. (W książce umieszczam Barbarę w Koscianie właśnie, wnioskując, niesłusznie, również i z tego telegramu: niżej przecież jest i Siekowo, warto czytać uważnie.)

O tych zakładach psychiatrycznych, do których trafiła po ich rozstaniu, nie zliczę ile ich było – kilka wierszy też napisze.
czytaj dalej

„Lustracja”

…czyli Zbigniew Makowski, Akademia, marksizm-leninizm, koło naukowe, lata 1951/52 – do 1956. Późniejszych kartek, notatek… nie mam; z oczywistych powodów. (Z czasu późniejszego mam niewiele i jednak propagandowe.)

Czy więc mówić „sprawdzam” tej nie naszej przeszłości? Nie: jakim prawem. Tak: dziejów opisywanie. Dylematy. Nie chcę pisać o tamtym Zbigniewie. Wolę, gdy mówi sam.

Państwo Nikt” s. 173

czytaj dalej