1953: wózki dziejów

Mam tylko jedno wspólne zdjęcie matki i ojca (fragment wyżej, całe niżej): z 1953 roku, nieco tam opisanego. Na którym i ja, choć niezbyt świadomy: ot, bobas. Za to ciekawy jest Zbigniew, jego strój: od razu widać, że artysta. Lato: ten beret, teczka z rysunkami, papierami, marynarka bez krawata (dziś częsta, wtedy: bunt). Ta nieobecność.
Co pisać więcej. Liczni (i wiele razy) pytali, czy mam żal. Tak, miałem, długo. Gdy znów zaczął nas odwiedzać (po 1956, na początku lat 60.) dostawałem ataków histerii gdy wychodził. Banały. Pisałem, szkoda powtarzać. Czy artyście wolno się żenić? Nie wiem. Wiem (czy raczej wierzę, pamiętam bowiem prof. Stanisława Piekarczyka, p. „Obok…”), że on nie powinien był. I tyle. Łatwo oceniać, prawda? (Ale przecież bym nie istniał, jednak szkoda.)

Jest więc oczywiste, że musiałem rysować: to był sposób na przywołanie zainteresowania ojca. Którego interesowała tylko Sztuka…

Dość żartów. Matka? Barbara na tych zdjęciach wygląda na bardzo szczęśliwą. Przez chwilę mogła wierzyć, że zły los ma za sobą. Niesłusznie. Traumy, traumy, tra ta ta…
Dziś wszystko nieistotne: tutti morti – lubił mawiać mój nad poziom (innych) oczytany tatuś. To jednak późny Zbigniew – i czas, gdy świadkowie tamtych wydarzeń już nie mogli opowiedzieć swych wersji jego / ich wspólnych opowieści. Wtedy łatwiej. I nie piszę tylko o relacjach rodzinnych, nie.

Że opowiadam? Jakieś fragmenciki, aby przestrzegać (i siebie) przed nadmiernym zaufaniem do tzw. historii mówionej, do relacji spisywanych po latach. Staram się sprawdzać, dopóki pamiętam. Wierzę, że ma to sens. Choć nie-za-bardzo. Brak mi papierów, przepadły, poniszczono, zgubiliśmy… Zdjęcia? Też niewiele dają: popatrzmy na tę szczęśliwą rodzinę. 

Raz jeszcze: niedługo nikogo tu nie będzie, tylko opowieści. I nie wszystkie: nie wiem choćby, kto na fotografii poza nami, może Kobyłeccy? Już nawet nie ma kogo spytać, tutti morti.

Ale interesujące są wózki: zbieranina z tego, co przetrzymało wojnę? Też.

Mam kilka zdjęć, połowa 1953 roku. Zwraca uwagę wózek
(to o zdjęciu obok, tylko z moim wózkiem – mr m.) 
jak ze scen wypędzania Niemców czy z bombardowanego Londynu. Wspólna Europa. Skąd brało się wózki w czasach, gdy wszystkiego brakowało? Kto to zbada.
Państwo Nikt…” str. 198

Pamięć potrzebuje namacalności rzeczy, ponieważ bez niej zniknęłaby bez śladu. Ta myśl Hanny Arendt kieruje nas w stronę rozmaitych obiektów

Marcin Zaborski „Droga, brama, szczelina. »Przejście« jako element symboliczny we współczesnych pomnikach i miejscach pamięci” (2011)

Albowiem pamięć – która jest tylko jednym, aczkolwiek jednym z naj­ważniejszych elementów myślenia – poza uprzednio ustalonym porządkiem rzeczy jest bezradna, a umysł ludzki tylko w niesłychanie rzadkich wypadkach zdolny jest do zapamiętania czegoś, co stoi absolutnie poza jakimkolwiek kontekstem.

Hannah Arendt „Między czasem minionym a przeszłym” (1983)

Detale więc zostają. Namacalne? Nie, nasze już nie: wózki na fotografii tylko. Jednak to kontekst jakiś. Nie taki, gdy mamy przedmioty, ale. Ale kogo one dziś interesują, gdy bodźców nadmiar. Za dużo: zdjęć, pamiątek, mebli, wazoników, kontekstów. Kto trzyma stare wózki. Wyrzucisz / zapomnisz.

A więc o nich chwilę.

Po wojnie rodzinną tradycję produkowania wózków kontynuowali synowie Antoniego Głębockiego Kazimierz, Eugeniusz i Jan. Ten ostatni prowadził firmę przy ul. Warszawskiej 365. (…) Firma Jana Glębockiego przetrwala do 1950 r. Wówczas została przejęta pod przymusowy zarząd Częstochowskich Powiatowych Zakładów Przemysłu Terenowego. W swojej bylej firmie Jan spędził jeszcze dwa miesiące, jednak wkrótce zrezygnował z posady ze względu na bardzo nerwową atmosferę panującą w zakladzie. Podjął pracę jako kierownik techniczny Wytwórni Wózków Dziecięcych i Lalkowych  pod dawną nazwą „L. Ciurzyński”…
Iwona Janeczek-Żak „Branża Dziecięca” (2011)

„Nerwowa atmosfera”, uroczy eufemizm. Nacjonalizacja, detal z Częstochowy. Są lata 50. nie zapominajmy. Ktoś tu mówił o kontekście?

W grudniu 1951 żenię się z Barbarą Zawisławską, córką robotnika, kandydatem PZPR. 27 września 1952 r. rodzi mi się syn, Mirosław. W lipcu 1953 jestem uczestnikiem kursu dla Kandydatów na Organizatorów Katedr Marksizmu-Leninizmu w Orłowie…
(z życiorysu Zbigniewa, brudnopis z 1953 r. w: „Podróż do środka…” str. 115)

Ot, baza i nadbudowa: wózek dziejów – i jego pasażerowie.

I tak można długo. Łatwo dziś opisywać, prawda? Układać. Odwieczne biblioteki w domu, pod ręką: na monitorze. Dla każdego. A bo są i – skoro o komuniźmie – schody odeskie, spadający z nich wózek dwukrotnego laureata nagród stalinowskich Eisensteina (bardzo elegancki zresztą, zdobycz rewolucyjna), później (nieco już archaiczne) Zbigniewa Rybczyńskiego… I kogo tam jeszcze.

Sam artysta (Rybczyński – mr m.) mówi, że ta kolaboracja z przeszłością, „wejście” do filmu Eisensteina (…) było dla niego najbardziej fascynującym przeżyciem.
Piotr Zamojski „»Schody« jako audiowizualny palimpsest” (2011)

Jako i te błahe fotki z bieda-wózkami – dla nas. Świat jako nieustające źródło cytatów (o nas).

Staczający się w dół wózek z niemowlęciem wywołuje bowiem na widzu większe wrażenie niż śmierć tysięcy. (…) Owa mistrzowsko skomponowana sekwencja ma tylko jedną wadę – nie posiada żadnego umotywowania w historii. Eisenstein wymyślił ową masakrę…
Agnieszka Czarkowska-Krupa „Pancernik Potiomkin – arcydzieło radzieckiej propagandy” (2023)

Świat jako nieustające źródło cytatów nie zawsze prawdziwych.
mr m.

Recepta (1953)

W sumie: banalna. Niewiele z niej można wyczytać: że czasem chorowałem. Tylko?

Maria Cywińska-Łyskawińska ps. Jolanta, lekarz-pediatra. W Powstaniu: komendant PS Nr 115 Żoliborz, przy ul. Mickiewicza 34, Lekarz Naczelny sanitariatu I Rejonu Obwodu II

Pani doktor – urodzona w Kijowie (1895) – była związana z Żoliborzem jeszcze przed wojną. Przyjmowała przy ul. Krechowieckiej 6, niedaleko od domu, Kolonii raczej – gdzie mieszkali moi dziadkowie. Może już wtedy mała Barbara bywała u niej? Spekulacje. Później (1939) przy ul. Żelaznej, jakby kto chciał śledzić.

Ale jej życiorys połączył się przede wszystkim z tą tak zwaną Twierdzą Zmartwychwstanek, budynkiem, który i mnie się w pamięć wrył, o mej matce nawet nie wspominając. Pani Maria organizowała tam szpital powstańczy…

Iwona Olicka „Biruta”: Przysięgę dopiero w trakcie Powstania [składałam] i zostałam osobistą łączniczką doktor Cywińskiej, żoliborska lekarka, Łyskawińska-Cywińska, pseudonim „Jolanta.” Musiałam się u niej meldować co parę dni i ona mi różne zlecała zajęcia.

Jak kto chce: jest trochę literatury – np. Agata Puścikowska „Siostry z powstania. Nieznane historie kobiet walczących o Warszawę” (2020), albo Stanisław Bayer „Służba zdrowia Warszawy w walce z okupantem 1939-1945”, (1985).

A zmarła w 1989 roku, mogłem ją znać, nie pamiętam. I to piękne, czytelne pismo…
mr m.

Kolejna huta, bez opisu

Niczego nie wiem, tylko to, że zdjęcie pochodzi z archiwum mojej babci i ojca. Koleżanka ze studiów, specjalistka od tamtych czasów – prosiła, by jej nie podawać jej nazwiska,bo: …wiele Ci nie pomogę (…) Oglądam każdą osobę po kolei i nic więcej nie widzę
Ale jednak napisała:

Że huta to widać, wstawiają do obiektywu nie tylko szkło, ale też narzędzia do produkcji. (…) na strojach męskich za bardzo się nie znam. Kobiety mają sukienki z bufkami albo falbankami na ramionach jakie noszono w latach 90. XIX stulecia, ale biorąc pod uwagę, że są to zapewne robotnice, to spokojnie może być i 10 lat później.
Takie fryzury, jakie mają panie z prawej strony (z białym szalikiem i żabotem¹) to noszono w pierwszym dziesięcioleciu XX wieku. Damskie żaboty, to też jest koniec XIX wieku. Bluzka z guziczkami i stójką i wąskie rękawy (pani na środku) to już przełom pierwszego i drugiego dziesięciolecia XX wieku. (…)
(A po uważniejszej ocenie lepszego skanu)
¹ – Widzę, że pani z prawej nie ma żabotu tylko szalik fantazyjnie zawiązany. Pan drugi z lewej, mimo czapki, jest też jednak robotnikiem, bo trzyma w ręku jakieś narzędzie

Także: tyle wiemy. Może to jedna z licznych ówczesnych hut w których pracował pradziadek? A może po prostu zdjęcie „nierodzinne”, które ktoś kupił, znalazł – bo temat hut w rodzinie…
Ale piąta (nie licząc panów) pani w rzędzie na górze, od lewej – wydaje mi się podobna do mej babci. Choć to raczej jednak nie ona: bo urodziła się (1904) gdzieś w czasie, gdy to zdjęcie mogło (?) powstać. Choć dzieci też jednak wtedy posyłano do pracy – tym bardziej, że mego pradziadka, jej ojca – właśnie zesłano na Syberię…
Ot, zagadki.
mr m.

Ocean papierów…

…z którymi nie wiadomo, co robić. Cienie zapomnianych przodków, nie tylko naszych. Wyrzucić? No, nie… Zachować? A po co… Ot, mam jakieś weksle, zapewne za prace (a może za dzierżawę, za czynsz?), zapewne z Wołomina, z okolic rodziny Strosznajderów. Może to za budowę domu? Choć ten weksel – to lata 20. (A dom to raczej lata 30. muszę sprawdzić z projektem.) Zachowały się w archiwum babci Józefy, ktoś dotąd nie wyrzucił, mnie przekazał – to i ja trzymam.

Praga nowa”: termin dziś dziwnie brzmi; a to była całkiem nowa część miasta jeszcze wtedy.

Większą część Nowej Pragi włączono do Warszawy w 1891, nazywając je tak, by odróżnić je od starszej części, leżącej bardziej na południe – Starej Pragi.

A dalej: „M.Kacperski”… Nazwisko z Pragą do dziś związane, ale czy to rodzina? Może, warto kiedyś spytać…
I tak dalej. Każdy papier – to jakieś życiorysy, a z każdego już zaraz, za chwilę – wypączkują setki innych żyć
Jak tego puzzla poskładać? Ale też i – jak na początku pytałem – po co?

A wreszcie: ta asymetria – o niektórych, często mniej dla mnie ważnych przedstawicielach rodziny (czy może trafniej: drzewa genealogicznego) mam sporo: zdjęcia, papiery… I często niewielką wiedzę, kto to. A o innych…

Na razie skanuję, kiedyś skanowałem wszystko, dziś już zaczynam wybierać, to: tak; tamto – nie. Ale czy wybieram właściwie? Co będzie ważne dla tych, którzy kiedyś te moje skany… Zobaczą? Nie sądzę :–)
mr m.

Wołomin (odc. 2)

Zdjęcia – to niestety w większości reprodukcje, z lat 30. tak oceniam. Dlatego trudno datować oryginały, nie mam tego, co było po drugiej stronie (ew. opisy, cechy papieru, pieczątki zakładów fotograficznych…). A same te reprodukowane zdjęcia są chyba jeszcze z początku lat 20. Rozpoznaję Małgorzatę z d. Rudnicką Strosznajder, siostrę Władysława Rudnickiego i córkę Ludwika (ale z którego małżeństwa, był ponoć trzy razy żonaty?) – oraz jej syna – Aleksandra Strosznajdera: to młodszy z dwóch panów na wspólnym zdjęciu (stojący) i ten sam na podobnym, siedzący. Ale czy drugi to jego brat, Roman? Może, nie wiem…


To oczywiście kontynuacja wątku „Wołomin” i są to zapewne zdjęcia z tego miasteczka. Chyba, nie rozpoznam, może ktoś? Dodatkowo – może ktoś stwierdzi, czy zdjęcie z kościoła – to też Wołomin? Jest nieostre – może to pogrzeb? Ale coś widać… A te domy: zapewne już nie istnieją. Może na ich miejscu wybudowano nowy, ul. Kościelna 34? Spekulacje.
Małgorzata – czyli jednak ciotka mej babci Józefy Kłodos – żyła w Wołominie na pewno do lat 50. – czego dowodzi legitymacja PSS (1954) też niżej – zresztą wypisana z błędem: to „j” w nazwisku jest niepotrzebne. Za to z tym samym adresem – ale czy dom był nadal jej? A sklep? W 1954 raczej (?) znacjonalizowany…
Ale są też i inne zdjęcia z archiwum babci mej, na nich pojawiają się – i nawet na tych już z lat 50. oraz 60. – też jej dzieci, synowie, ich żony… Rozsypani po świecie, niewiele wiem, nadal śledzę. Choć to bardzo boczna gałąź rodziny: w latach 70. Zbigniew pisał, w kwestionariuszu paszportowym, w osławionej rubryce „rodzina za granicą”, iż jest taka, w (d.) ZSRR, w Moskwie, to Strosznajderowie właśnie. Ale, zaznaczał ostrożnie, kontaktów nie utrzymuje. Zabawne – bo to był chyba słuszny kierunek?
Żarty. Choć może i niekoniecznie… Żyć w latach 30. w Moskwie, do tego bywać w Polsce? Są zdjęcia i stamtąd (Moskwa) i jakieś z lat 20., może nawet i z 30. – ewidentnie z Warszawy (widać np. w tle kościół św. Floriana – to nazwa zwyczajowa, dokładniej: św. Michała Archanioła i św. Floriana Męczennika – na Pradze). Są i inne z warszawskich zakładów fotograficznych (192…), zostawiane „na pamiątkę siostrze”… Sporo tego, kłopot – bo nie ma kogo spytać.
Same pytania, tylko tajemnice.
mr m.

Uaktualnienie:
z niedawno otrzymanych (w 2021 roku) papierów wynika, że – już za granicami Polski – używali, używał jeden z nich, nazwiska w transkrypcji Strohschneider (lub Strochschneider, tak mam w jakichś pośrednich papierach adwokata z Wołomina, z połowy lat 50. XX wieku); co byłoby interesujące, bo z tych samych papierów wynika dość jednoznacznie, że była to rodzina czeska, mąż Małgorzaty na pewno – a to nazwisko wróciło niejako do brzmienia raczej niemieckiego
m.

Wołomin, ul. Kościelna 34

Najpierw zachwycił mnie projekt domu. Pomyślałem: jest piękny, niedzisiejszy – oprawię go obie w ramę, powieszę…

Nie mam związków emocjonalnych z tym domem: nie mieszkałem w nim, nie mieszkałem też w Wołominie, na Pradze nawet. Tamta część miasta była mi obca. Oczywiście: studiuję przeszłość, każdą. Z zaangażowaniem: pamiętacie Boba Marley’a? Stale przypominam: nie zapominaj o swej historii… Ale Praga? Okolice? Czy to była Warszawa, przecież nie… (Choć kolega z naszego roku, późniejszy profesor UW i nawet jego rektor, prorektor? – by się pewnie ze mną nie zgodził, urodził się właśnie w Wołominie, pozdrawiam.)

Później pomyślałem: napiszę książkę. Pojadę tam, pogadam z ludźmi. O domu, o przeszłości, o tym, co dziś. Zaangażowany reportaż. A jeszcze chwilę póżniej: że to za trudne. I że może znów napiszę „z głowy”, znaczy: z sieci. I dorobię do tego ideologię. Taki konceptualizm.
Później zacząłem skanować nieliczne zdjęcia.
A bo to jest tak: moja babcia zmarła, w 1984 roku. A to była jej rodzina, Strosznajderowie (spotkałem też niedawno pisownię „Strohschneider”) – zresztą też z Kobieli Wielkich, jak mój pradziadek (oraz Wł.St. Reymont, choć on tam żył krótko). Tam jeszcze można znaleźć ślady rodzin Strosznajderów, i Rudnickich (m. in sześciu synów Ludwika Rudnickiego i Marianny Cieślik), i Kapiców, też ta linia… Z babcią za mało rozmawiałem o przeszłości, żal.

akt urodzenia Władysława Rudnickiego (1878)


A Strosznajderowie? Jest tam więcej wątków i (chyba) ciekawych: ich dzieci – bodaj obaj bracia – wyemigrowały (w latach 30.? chyba wcześniej…) do Rosji – i tam zostały. Mieli rodziny, przeżyli Stalina – czy wszyscy? Nie wiem, mam jakieś zdjęcia z lat 30. właśnie – a póżniej z jakichś wizyt w Warszawie po 1956 roku. Niewiele wiem – bo mój ojciec i jego… Przeświadczenia, napiszmy łagodnie.
Ale wizja tej (nawet naukowej, a co mi tam?) monografii domu, taki trochę Fernand Braudel i jego ziarnko zboża; a ogólniej: motyw „detalu” – oraz ta wielka Historia, przez ów detal do nas mówiąca – czyli perspektywa (metafora?) tak obficie później eksploatowana przez Henryka Samsonowicza i innych… To oczywiście reakcja: na nadmiar.

„Wyspa pingwinów” Anatola France’a zaczyna się od tego, że archiwariusz Tapir wchodzi do archiwum i ginie zasypany stosami fiszek. My trochę jesteśmy dziś jak ten Tapir zasypani nową literaturą, której nikt nie jest w stanie przerobić…

Henryk Samsonowicz „Nasza wyspa Tapirów” (POLITYKA, 2010)

Oba pomysły – quasi-reportażu oraz rzetelnej pracy badawczej – wydały mi się równie atrakcyjne. Choć jednocześnie (i razem) niemożliwe do zrealizowania.

Później pojawił się koronawirus – i obrazy wycieczkowców: ludzie, zamknięci w luksusowym pudle. Atrakcyjne, ktoś już pewnie pisze o tym, film będzie… No i co ja mam do tego? Byłbym jak Koziołek Matołek: „poszedł szukać w wielkim świecie tego, co jest bardzo blisko…” Pomyślałem: Wołomin to taki wycieczkowiec: letniskowiec nawet.

Według spisu powszechnego z 1921 Wołomin zamieszkiwało 6248 mieszkańców z czego 3079 wołominian zadeklarowało żydowskie pochodzenie lub wyznanie mojżeszowe, poza tym mieszkało tu 475 Rosjan, głównie białych emigrantów, którzy uszli do Polski po zwycięstwie bolszewików w wojnie domowej, 77 Ukraińców, 9 Anglików, 9 Czechów, 1 Chorwat, 1 Łotysz, 1 Pers. 

Wołomin (wikipedia)

Czyli pudło z ludźmi, zamknięte i dryfujące w dziejach. A w tym pudle – pudełko, dom przy ul. Kościelnej 34.
Później – jak to u mnie – pojawiła się Zofia Nałkowska. Czyli Hanna Kirchner z „Nikt…”, ostrzegająca, że jedne wątki – natychmioast uruchamiaja następne; a te – kolejne. I tak w nieskończoność (no, prawie). I wtedy zrozumiałem, że zostanę przy skanowaniu zdjęć i zapisywaniu pomysłów, tylko.


Ale zdjęcie domu-sklepu Strosznajderów w Wołominie jest piękne. Choć (zapewne) zrobione w dzień pogrzebu. Kogo? Nie wiem, może męża siostry mego pradziadka, Małgorzaty Rudnickiej, miała z nim (nieznany mi z imienia p. Jan Antoni Strosznajder) dwóch synów, może to chłopcy, stojący przy wdowie i księdzu… Reszty osób nie rozpoznaję.
Cienie zapomnianych przodków, nic, tylko pisać.
mr m.

Uaktualnienie (2022): właśnie ustaliłem, że ul. Kościelna nazywała się w latach 50. „ul. Stalina”, smutne w sumie.
m.

„Odwilż” (1956)

Ciąg dalszy porządków z książkami. Oto słynna kiedyś powieść Ilii Erenburga – egzemplarz o którym w „Państwie Nikt…” wspominam przynajmniej dwa razy: o niej samej…

Więc jak? Jak było, kiedy czytali (w „Po prostu” – mr m.) „Odwilż” Erenburga..
Chyba mam ten „ich” egzemplarz, został mi po Egonie. Z pieczątką nawet. Ale może właśnie tworzę kolejne mitologie.

„Państwo Nikt…” str. 259

Tak, chyba tworzę: znalazłem tylko egzemplarz Zbigniewa i Barbary.
(Choć tamten – pamiętam, cóż jest więc „pamięć”… Może był.)

Ale ten znaleziony – też znaczący: podpisany „Kościan, 1956”; a to kolejny ważny punkt naszej opowieści… Ot, podniszczone świadectwa, dowody, że przeszłość istniała. Chyba.

W książce mej jest też wiersz Zbigniewa o odwilży, wcześniejszy: z 1947 roku. Ale nie chcę odbierać Wam przyjemności poznania go :–)
mr m.

Czyste?

Przyjmijmy, że opis z tyłu zdjęcia mówi nam, co chcemy usłyszeć: że to nazwa ulicy. Możliwe: na tyłach zdjęć też niekiedy zapisujemy miejsce, czasem datę; bo osoby znamy. Wątpliwe: to reprodukcja¹ – dość niestaranna. Widać ślady: maskowanie, stara, oryginalna biała ramka, odciski palców z wywoływacza / utrwalacza. Opis z tyłu jest więc późniejszy, niż zdjęcie.
To (byłaby) ul. Sławińska, a więc – jeśli… – to jest nieistniejąca sub-dzielnica, kolonia czy lokalizacja: Czyste; dziś centrum Woli.

czytaj dalej

Klasa „z buźką” (1933?)

Najłatwiej datować papier fotograficzny.

Tzw. buźka to logo Fabryki Płyt i Papierów Fotograficznych „Alfa” w Bydgoszczy. Papierów z tego zakładu używano co najmniej¹ od 1932 roku i były w latach 30. XX wieku bardzo popularne i masowo używane.

…pisze mi niezastąpiony autor strony Leksykon fotografów warszawskich 1845-1945.
To klasa (ale czy jedna?) szkoły podstawowej. Nie wiem też, czy Barbary (ur. 1929) czy raczej Ryśka (ur. 1926), jeden z chłopców siedzących jest podobny (czwarty od prawej, siedzący w najniższym rzędzie), ale za mało mam zdjęć…


czytaj dalej

Przedszkole (1957?)

Oto ja, idę do przedszkola, ul. St. Wyspiańskiego. Zdjęcia niewiele dodają do opowieści, ale mogą zainteresować kogoś, dziejami Żoliborza pochłoniętego. Jest rok… Raczej 1957, może to mój pierwszy rok tam: może nawet 11 marca, „Dzień kobiet”?

Przez 55 lat funkcję kierownika a potem dyrektora przedszkola pełniło 5 osób, m.in. Lucyna Szulim

czytaj dalej

„Zimy stulecia”

Pojawiła się już „Zima stulecia” Grzegorza Sieczkowskiego, wyd. przez The Facto (2017).
No to może te fragmenty, które również tam, w wersji z mojej: „Państwo Nikt…” daję; a tam zdjęcia z Rymanowa Zdroju, lecz chyba z pobytu dwa lata póżniej.

Kochana Mamo!

    1. (…)

To bardzo przyjemne dostawać list, paczki, przekazy. Prosiłbym o przysłanie „Tri”, wywabiacza do plam…Siedzieliśmy w tych Bieszczadach dwa miesiące a może i dłużej. Przyszła kolejna „zima stulecia”. W nocy wilki podchodziły pod nasz śmietnik, pewnie z głodu. Patrzyliśmy na nie. (…) Wywożono nas z Rymanowa-Zdroju późnym wieczorem. Pamiętam kaniony na drogach wykopane: śnieg był wyżej słupów telegraficznych. Z metr. Nie uświadamialiśmy sobie całej grozy sytuacji.
A z tym „Tri” to nie to, co myślicie…

I pewnie chcecie wiedzieć, o co szło z tym „Tri”? Proszę bardzo: „Państwo Nikt…” str. 231-232.

A z tamtego? Mam kartkę, ale „letnią”: pewnie zimowe wykupiono, jak to w Peerelu.
Zastanawia mnie nieco ten „dom dziecka” (w opisie kartki, w licznych opisach sanatorium też…), a też charakter, natura, relacje rodzinne niektórych mych kolegów tam… Może funkcjonowały dwie placówki¹ w jednej: sanatorium i dom dziecka? Ale już chyba nie dojdę…
mr m.


¹ – I to jeszcze (może) od wojny?

Staraniem polskich czynników społecznych rząd Generalnego Gubernatorstwa 20
października 1942 roku zezwolił na uruchomienie w Rymanowie (Willa „Gozdawa”) kolonii zdrowotnej dla 120 dzieci w wieku 6-14 lat obojga płci pod patronatem RGO. Placówce częstochowskiej wydzielono na stałe 10 miejsc, które wykorzystywano dla dzieci chorych.

Zbigniew Grządzielski „Instytucjonalne formy opieki nad dziećmi polskimi w Częstochowie w latach 1939-1945…” (1994)

Linki:
• „Przyczynek do uzdrowiskowej historii” (lata wojny)
• „Zima stulecia

Komunia kolegi (1962?)

Już było, wielokrotnie, ale nigdy jakoś niezebrane. A zachęciła, skłoniła mnie – rozmowa Emilii Padoł z Mikołajem Grynbergiem, też nieco cytowanym w „Państwie Nikt…”.

Jeśli ktoś się urodził w żydowskiej rodzinie w Polsce, chodzi do polskiej szkoły, to pierwszy raz problem pojawia się, kiedy wszystkie dzieci idą do komunii. Wszystkie oprócz niego. W wersji light zaczyna się niezręczność, pytania, dyskusje, a w wersji poważniejszej zaczyna się bicie. Takie jest moje doświadczenie – i wielu osób z mojego i starszego pokolenia.

Mikołaj Grynberg: dużo bólu i z wielu stron

czytaj dalej

Listy z kolonii

I sanatoriów, jak tu, stamtąd koperty (z 1963 i 1965). Rymanów Zdrój, Bieszczady, kolejna „zima stulecia”.

(…) dla Makowskiego tą najważniejszą zimą stulecia jest ta bieszczadzka z 1963 roku. Pojechał wtedy do sanatorium. „Byliśmy w tych Bieszczadach dwa miesiące, a może i dłużej. Sanatorium ale i szkoła niestety. Nauczyciel matematyki rzucał w nas, zwykle kredą, białą jak śnieg. To tolerowaliśmy, zmuszeni. Gdy jednak we mnie rzucił mokrą ścierką do wycierania tablicy i kazał oddać – odrzuciłem mu, zamiast odnieść. Nie bez obaw, jak to się dla mnie skończy…”

Grzegorz Sieczkowski „Zima stulecia” (plan. data wyd. 2017)


Jeździłem często.

czytaj dalej

Koń na biegunach (1957?)

Chciałem mieć zdjęcie z Laleczką, taką najmniejszą ze środka „ruskiej baby”. I mam: to, co widać, moja prawa ręka trzyma laleczkę. A że nie widać? Cóż: uparłem się, choć trzeba było mieć zdjęcie na koniku (chłopcy) – albo z lalką, dużą (dziewczynki). Nie odpowiadało mi ani to, ani tamto – konia na biegunach miałem już chyba wtedy w domu, żadna atrakcja.
Przedszkole nr 96, Warszawa, ul. Wyspiańskiego. To tzw. serek żoliborski, „duże jajo”.

Przedszkole nasze powstało we wrześniu 1954 roku. Na początku było placówką czterooddziałową. W pierwszym roku istnienia mieściło się w starym budynku willowym na Pl. Henkla i prowadzone było przez „Caritas”. W 1955 roku przeniesione zostało na ul. Wyspiańskiego 5 i otrzymało nr 96. (…) Przez 55 lat funkcję kierownika a potem dyrektora przedszkola pełniło 5 osób, m.in. Lucyna Szulim…

czytaj dalej

ile może nam powiedzieć jedno zdjęcie?

Strzyżewo, 1946 rok. Kolonie letnie, podpisane też „Nasz dom”; lecz nie idzie tu o dom dziecka, w którym była później (1947-1950).

Mam jakieś zdjęcie: grupa dzieci, dziewcząt. Widzę wśród nich starszą, to Barbara, sporo wyższa. Z tyłu opis, spokojne, pewne pismo:

    …moje ukochane dziewczynki… wizytacja Strzyżewo, lipiec 1946 r. (kolonie letnie).

Oraz notka ołówkiem, inna ręka, niewyraźne: Trylko (…). Nie mogę odczytać. Na zdjęciu jest też pan w średnim wieku, chyba autor opisu: Zdzisław Sieradzki¹, wspominany też w wikipedii przy opisie „Naszego Domu”.

Państwo Nikt…” str. 142

czytaj dalej

Dzienniczki szkolne

Choć może tylko mój, z I klasy szkoły podstawowej (1959/60). Lecz i inne przejawy edukacji w PRL, niżej.
czytaj dalej

Telegram: Kościan (1957)

Niedoręczony. I to jednak Siekowo, nie Kościan: filia czy oddział. Przynajmniej czas jakiś, może przeniesiono ją ze szpitala głównego. (W książce umieszczam Barbarę w Koscianie właśnie, wnioskując, niesłusznie, również i z tego telegramu: niżej przecież jest i Siekowo, warto czytać uważnie.)

O tych zakładach psychiatrycznych, do których trafiła po ich rozstaniu, nie zliczę ile ich było – kilka wierszy też napisze.
czytaj dalej

Łomża, 1922: Jan…

…być może Osiejewski To chłopak czy ksiądz? „Reginie” sugeruje, że raczej ten z prawej… A jeśli, to według notatek, nie moich jednak, z chaotycznych rozmów z Barbarą, już w XXI wieku, mógłby to (?) być Jan, syn Cezariusza (Cezarego?) i Weroniki Osiejewskich.

I tu mam problem: wg komercyjnego serwisu MyHeritage Osiejewscy – których zdjęcie, a dokładniej kopię oryginału, lecz wykonaną dość dawno, może nawet jeszcze w latach 40. ub. wieku, też mam, z papierów po Barbarze (zdj. niżej) – mieli dzieci, lecz z innymi imionami (np. Edmund, Piotr…) jak te, które wychodzą mi z notatek.
U mnie jest np. Józefa, później Hałas, babcia Barbary, matka Wiktorii.
Poza tym, w innej notce Barbara wspomina, iż ojciec jej babci miał na imię Wincenty („Państwo Nikt…” s. 190).
A więc nie Cezariusz.
I tak dalej.

Co robić? Szukać, sprawdzać – wpaść w to szaleństwo genealogiczne, które wciąga tak łatwo, ale wyjść z niego trudniej? To trochę ironia, lecz sprawdzanie rzeczy sprzed stu i więcej lat, w kraju, w rejonach, gdzie papiery tak często płonęły…

czytaj dalej

Moskwa, 1959.

W liście mego ojca do mnie (jedna strona z niego niżej; cały list – „Państwo Nikt…” s. 219-221, 222) wymienionych jest kilka krajów, w których był. Moskwy, Leningradu czy ogólniej ZSRR – na tej liście brakuje. Dlaczego?
czytaj dalej

Gilewscy: matematyka i konie

Rodzina Barbary, we Wrocławiu od 1945, wcześniejszych losów nie znam. Rodzice, Hanna z d. Zawisławska i Jerzy Gilewski: nauczyciele, podobno bardzo zasłużeni dla odbudowywania szkolnictwa we Wrocławiu, po 1945. Bywałem tam czasem w latach 50. Duża szafa, wysokie mieszkania, biały lis w ZOO, w okrągłej klatce…
Ich dzieci – nazywałem je kuzynami, nieco przesadnie (z Barbarą mieli wspólnego ojca tylko) – bardzo zdolne. Jurek, matematyk i muzyk, wyjechał do RFN. Tam uczył w liceum i prowadził kościelny chór.

czytaj dalej

Pelcowizna: Rudniccy

To nie jest główny wątek książki, w sumie jeden, dwa rozdziały. Lecz Pelcowizna to pradziadek Władysław Rudnicki (dziadek Zbigniewa Makowskiego), hutnik szkła – i prababcia Stanisława Józefa z d. Rusin. Tam też urodziła się Józefa, później Kłodos, babcia, matka mego ojca

Uwaga: datowanie zdjęcia (1904) – to już Zbigniew Makowski, współcześnie; nie wiem, czy właściwe. Napiszmy: około.
Wlad-Rudnicki-Stanislawa-Rusin-1904-01-str-A-i-B-1190pxl

AKT CHRZTU ŚWIĘTEGO JÓZEFY RUDNICKIEJ
córki Władysława i Stanisławy z d. Rusin
Parafia Matki Boskiej Loretańskiej w Warszawie-Praga
(archiwum w parafii św. Floriana nr aktu 2093 / 524 / 1901)

Состоялось в Праге второго (пятнадцатого) сентября 1901 года… (…)

Działo się na Pradze drugiego (piętnastego) września 1901 roku o godzinie dziesiątej przed południem. Zjawili się Władysław Rudnicki, lat dwadzieścia trzy, hutnik z Pelcowizny w obecności Jana Borżenckiego i Leonarda Wodara, obydwu pełnoletnich hutników z Pelcowizny i przedstawili nam noworodka płci żeńskiej urodzonego na Pelcowiźnie 31 sierpnia (17 września) bieżącego roku o godzinie 10 przed południem przez jego ślubną małżonkę Stanisławę z domu Rusin, lat siedemnaście.
Noworodkowi temu na Chrzcie Świętym w dniu dzisiejszym nadano Józefa, a rodzicami chrzestnymi jego byli Joann Borżencki i Marianna Wodara.
Akt niniejszy został odczytany obecnym i przez nas podpisany.

(odpis + tłumaczenie z rosyjskiego dzięki uprzejmości Jacka Doniewskiego, mego kuzyna ze str. ojca.)

Jest też akt ślubu Władysława Rudnickiego i Stanisławy Józefy Rusin: tu niżej zrzut ekranu – to rok 1900, parafia Kobiele Wielkie. I to ta sama wieś, w której urodził się Władysław St. Reymont – ale nie wiem, czy był na ślubie mych pradziadków (1900), bowiem akurat miał wypadek, na kolei: 13 lipca 1900 roku.
mr m.

akt ślubu Władysława Rudnickiego i Stanislawy Józefy Rusin (1900)


„Państwo Nikt…”:
• (Pelcowizna) s. 348-349, 352-354;
• (Rudniccy) s. 354;
• (Józefa Kłodos) rozdz. „Lewica” 347-374, s. 41, 195, 232, 346

Zob. też: historia jako „disk full”

linki:
• Olga Soporowska-Wojtczak „Twórczość Elżbiety Szemplińskiej-Sobolewskiej”, UAM, Poznań (2013); za: repozytorium.amu.edu.pl
• Polikarp Kazimierz Dunin-Błaszkowski „Pelcowizna – moja pasja, moja młodość” (za: targowek.waw.pl)
• blog „sirencityboy” (20…?)
Leksykon fotografów warszawskich 1845-1945”: „Leonard” (ul. Miodowa 18)
wlad-rudnicki-stanislawa-z-rusinow-02-Leonard-600pxl

Fotograf „Rubens” (192…)

Na zdjęciu niżej: babcia Wiktoria, ta z lewej i (może) prababcia: Józefa Hałas, z d. Osiejewska; być może z małym Ryśkiem (ur. 1926), choć ma dziewczęcy strój. Ciekawa jest pieczątka fotografa (to „Rubens”: właściciel to ponoć Mosze Pumpiański {nie: p. korekta niżej}): nie znajduję zakładu w Leksykonie fotografów, jest za to w Leksykonie fotografow warszawskich 1845-1945, lokalizacja zakładu przy ul. Miodowej 1 – na lata 1930-1939; „Leksykon” ma tam inną pieczątkę (może moja wcześniejsza).
mr m.
czytaj dalej

Fryzjer (1944)

Zakład fryzjerski „Tadeusz”, właśc. Jan Zabost, Warszawa, ul. Słowackiego 27, (budynek Spółdz. „Zimowe Leże”). Zakład spłonął w czasie Powstania, gdy o budynek spółdzielni walczono intensywnie. Zostały tylko zeznania świadków – oraz ślad na ścianie po pożarze, na zdjęciu Karola Pęcherskiego (1949), linki niżej. Tam też szyld: bowiem po wojnie też był tam fryzjer (nowy właściciel?).
mr m.
czytaj dalej

Otwock, sanatorium (1947)

Kto na zdjęciu (poza Barbarą: ona z prawej) i które to było sanatorium trudno dziś ustalić, być może największe („Olin”, ul. Borowa, pracowały tam jako pielęgniarki również byłe więźniarki z KL Ravensbrück; to może jakiś trop).
„Olin” spłonął w 2008 roku.
mr m.

czytaj dalej

Pierwsza Pralnia Spółdzielcza

Zdjęcie mej babci Wiktorii i koleżanek z pralni, którejś. Nie wiem, czy to Pierwsza Pralnia Spółdzielcza już. W książce sporo o tej pralni – i ogólnie o praniu w osiedlach WSM, przed wojną.
mr m.

Z jej [Marii Pauliny Orsetti] inicjatywy powstała (…) Pierwsza Pralnia Spółdzielcza (…) w 1934 roku zarejestrowana jako samodzielna spółdzielnia.

Katarzyna M. Cwynar „Człowiek i jego dzieło Человек и его дело”

czytaj dalej

Boernerowo (1935)

Nie wiem, co to za dom. Na zdjęciu w środku piastunka (oraz matka chrzestna) Barbary, „babcia” Stasia trzymająca ją na rekach. Po prawej Wiktoria, Wacław Zawisławski i mały Rysiek Ryszkowski.
Osób po lewej nie rozpoznaję, może to brat dziadka, Leonard Zawisławski (1890-1967) z rodziną. Nieco podobny i może mieć 45 lat na tym zdjęciu (choć w książce sugeruję, że to może rodzina siostry babci Wiktorii). Opis z tyłu reką Barbary, z lat 70. zapewne (może później); więc identyfikacja miejsca tylko od niej.
mr m.
czytaj dalej

„Nasz Dom”

W tej galerii znajdują się 2 zdjęcia.

Z życiorysu Barbary: Po powrocie do kraju podjęłam naukę w szkole RTPD na Żoliborzu, pozostając na całkowitym utrzymaniu Robotniczego Towarzystwa Przyjaciół Dzieci. W roku 1947, z internatu przy szkole przeszłam do Ośrodka Wychowawczego TPD „Nasz Dom” na Bielanach, gdzie pozostawałam do dnia 1 III 1950 r. czytaj dalej